— Nie jestem kol… — zacząłem. Oparła się łokciami o stolik i poruszała ręką nad napełnionym do połowy kieliszkiem, aż koniec złotego łańcuszka, owiniętego wokół palców, umoczył się w płynie. Pochylała się przy tym coraz bardziej. Czułem jej oddech. Jeżeli była pijana, to nie alkoholem.

— Jak to? — powiedziała. — Jesteś. Musisz być. Każdy jest kol. Chcesz? Weźmiemy się? śebym przynajmniej wiedział, co to znaczy.

— Dobrze — powiedziałem.

Wstała. I ja wstałem z tego okropnie niskiego fotela.

— Jak ty to robisz? — spytała.

— Co?

Popatrzyła na moje nogi.

— Myślałam, że stoisz na palcach…

Uśmiechnąłem się milcząc. Podeszła do mnie, wzięła mnie pod ramię i znowu się zdziwiła.

— Co ty tam masz?

— Gdzie, tu? Nic.

— Śpiewasz — powiedziała i pociągnęła mnie lekko. Poszliśmy między stolikami, a ja zastanawiałem się nad tym, co może znaczyć „śpiewasz” — może „bujasz”?

Zaprowadziła mnie ku ciemnozłotej ścianie, tam gdzie świecił na niej znak podobny trochę do wiolinowego klucza. Kiedy byliśmy tuż, ściana otwarła się. Poczułem podmuch gorącego powietrza.

Wąski, srebrny eskalator płynął w dół. Staliśmy obok siebie. Nie sięgała mi ramienia.

Miała kocią czaszkę, czarne z błękitnym lśnieniem włosy, profil może zbyt ostry, ale była ładna. Tylko te szkarłatne nozdrza… Trzymała mnie mocno cienką dłonią, zielone paznokcie wpijały się w gruby materiał swetra. Uśmiechnąłem się mimo woli, samymi kącikami warg, na myśl o tym, gdzie bywał dotąd ten sweter i jak mało miał wspólnego z kobiecymi palcami.

Pod okrągłym sklepieniem, które oddychało światłami — od różu w karmin, od karminu w róż — wyszliśmy na ulicę. To znaczy, pomyślałem, że to ulica, ale ciemność nad nami co chwila rozwidniała się, jak od momentalnego świtu. Dalej przepływały długie, niskie sylwetki, jakby auta, ale wiedziałem już, że nie ma aut. To musiało być coś innego. Gdybym był sam, poszedłbym tą szeroką arterią, bo w dali jaśniały litery DO CENTRUM, ale to pewno wcale nie oznaczało centrum miasta. Zresztą dałem się prowadzić. Jakkolwiek miała się skończyć ta przygoda, znalazłem przewodniczkę i pomyślałem — tym razem już bez gniewu — o nieszczęsnym facecie, który teraz, w trzy godziny po moim przyjeździe, szukał mnie już na pewno wszystkimi inforami tego dworca — miasta.



20 из 235