
— Co będziesz robił? — spytała cicho.
— Nie wiem. Nie wiem jeszcze.
— Nie masz żadnych planów?
— Nie. Mam trochę — taka… premia, wiesz. Za ten cały czas. Kiedy startowaliśmy, złożono w banku, na moje imię — nawet nie wiem, ile tego jest. Nic nie wiem. Słuchaj, co to jest Kawut?
— Kawuta? — poprawiła. — To… takie — studium, piastowanie, samo w sobie nic wielkiego, ale można się czasem dostać do realu…
— Czekaj… więc co ty właściwie robisz?
— Plast, no, nie wiesz, co to jest?
— Nie.
— Jak by ci… po prostu, robi się suknie, w ogóle stroje — wszystko…
— Krawiectwo?.
— Co to znaczy?
— Szyjesz coś?
— Nie rozumiem.
— Wielkie nieba, czarne i niebieskie! Projektujesz modele sukien?
— No… tak, w pewnym sensie tak. Nie projektuję, tylko robię…
Dałem temu spokój.
— A co to jest real?
To ją naprawdę wzięło. Pierwszy raz popatrzyła na mnie jak na istotę z innego świata.
— Real to… real… — powtórzyła bezradnie. — To są takie… historie, to się ogląda…
— To? — wskazałem na szklaną ścianę. — Ach, nie, to jest wizja…
— Więc co? Kino? Teatr?
— Nie. Teatr, wiem, co to było — to było dawniej. Wiem: tam byli prawdziwa ludzie.
Real jest sztuczny, ale nie można odróżnić. Chyba żeby tam wejść, do nich… żeby wejść?…
Głowa olbrzyma przewracała oczami, zataczała się, patrzyła na mnie, jakby się doskonale bawił obserwowaniem tej sceny.
— Słuchaj, Nais — powiedziałem nagle — albo pójdę już, bo bardzo późno, albo…
— Wolałabym to drugie.
— Przecież nie wiesz, co chcę powiedzieć,
— To powiedz.
— Dobrze. Chciałem cię jeszcze zapytać o różne rzeczy. O wielkich, najważniejszych już trochę wiem; cztery dni siedziałem w Adapcie, na Lunie. Ale to było od wielkiego dzwonu.
Co wy robicie — kiedy nie pracujecie?
