
— Można robić masę rzeczy — powiedziała. — Można podróżować, naprawdę albo mutem. Można się bawić, chodzić do realu, tańczyć, grać w tereo, uprawiać sporty, pływać, latać — co tylko chcesz.
— Co to jest mut?
— To trochę jak real, tylko że wszystkiego można dotknąć. Można chodzić tam po górach, po wszystkim — sam zobaczysz, tego się nie da powiedzieć. Ale zdaje mi się, że chciałeś spytać o coś innego?…
— Dobrze ci się zdaje. Jak jest — między kobietami i mężczyznami?
Powieki jej zadrgały.
— Chyba tak, jak było zawsze. Co mogło się zmienić?
— Wszystko. Kiedy odlatywałem — nie weź mi tego za złe — dziewczyna, jak ty, nie zaprowadziłaby mnie do siebie o tej porze.
— Naprawdę? Dlaczego?
— Boby to miało określony sens. Milczała chwilę.
— A skąd wiesz, że go nie miało?
Moja mina bawiła ją. Patrzałem na nią; przestała się uśmiechać.
— Nais… jak to… — wybełkotałem — bierzesz zupełnie obcego faceta i…
Milczała.
— Czemu nie odpowiadasz?
— Bo nic nie rozumiesz. Nie wiem, jak ci to powiedzieć. To nic nie jest, wiesz…
— Aha. To nic nie jest — powtórzyłem. Nie mogłem usiedzieć. Wstałem. Skoczyłem prawie, przez zapomnienie: drgnęła.
— Przepraszam — mruknąłem i zacząłem chodzić. Za szkłem rozpościerał się park w porannym słońcu; aleją, pośród drzew o bladoróżowych liściach szło trzech chłopców w koszulkach błyszczących jak zbroje.
— Czy istnieją małżeństwa?
— Naturalnie.
— Nic nie rozumiem! Wytłumacz mi to. Opowiedz. Widzisz mężczyznę, który ci odpowiada, i nie znając go, od razu…
— Ależ co tu jest do opowiadania? — powiedziała niechętnie. — Czy naprawdę za twoich czasów, wtedy — dziewczyna nie mogła wpuścić do pokoju żadnego imężczyziny?
— Mogła, oczywiście, i nawet z tą myślą, ale… nie w pięć minut po zobaczeniu go…
