
Widziałem na przemian pokłady ciemności i przekroje stropów — białe, z czerwonawym ośrodkiem, jak warstwy tłuszczu na mięśniach, uchodziły w górę, straciłem ich rachubę, winda opadała, wciąż opadała, było to jak podróż na dno, jakbym został rzucony w głąb sterylnego przewodu i ten olbrzymi, w śnie i bezpieczeństwie pogrążony budynek pozbywał się mnie, część przezroczystego cylindra otwarła się, poszedłem przed siebie.
Ręce w kieszeniach, ciemność, twardy, długi krok, wciągałem chciwie chłodne powietrze, czując, jak mi chodzą nozdrza, jak serce pracuje powoli, tłocząc krew, światła łopotały w niskich szczelinach jezdni, przesłaniane przez bezszelestne maszyny, nie było ani jednego przechodnia. Pomiędzy czarnymi sylwetami stała łuna, pomyślałem, że to może hotel. Był to tylko oświetlony chodnik. Pojechałem nim. Nade mną przepływały białawe przęsła jakichś konstrukcji, gdzieś daleko, nad czarnymi krawędziami budynków, drobiły miarowo świecące litery dziennika, nagle chodnik wpłynął wraz ze mną do oświetlonego wnętrza i skończył się.
Szerokie stopnie płynęły w dół, srebrząc się jak oniemiały wodospad. Dziwiła mnie pustka; od opuszczenia Nais nie spotkałem ani jednego przechodnia. Eskalator był bardzo długi. Na dole jaśniała szeroka ulica, po obu stronach otwierały się w domach pasaże, pod drzewem o niebieskich liściach — ale może nie było to prawdziwe drzewo — zobaczyłem stojących, zbliżyłem się i odszedłem. Całowali się. Szedłem ku stłumionym dźwiękom muzyki, jakaś nocna restauracja czy bar, niczym nie oddzielona od ulicy. Siedziało tam trochę ludzi. Chciałem wejść do środka i spytać o hotel. Naraz gruchnąłem całym ciałem w niewidzialną przeszkodę. To była szyba, doskonale przezroczysta.
