
Wszedłem w pasaż. Był pełen wystaw. Biura podróży, magazyny sportowe, manekiny w różnych pozach. Właściwie nie były to wystawy, bo wszystko stało i leżało na ulicy, po obu stronach wzniesionego chodnika, który biegł środkiem. Kilka razy wziąłem poruszające się w głębi sylwetki za ludzi. Były to reklamowe kukły, wykonujące jedną i tę samą czynność w kółko. Jedną — lalka., prawie tak wielka jak ja, z karykaturalnie nadętymi policzkami, grała na flecie — oglądałem dłuższą chwilę. Robiła to tak dobrze, że miałem ochotę się do niej odezwać. Dalej były sale jakichś gier, obracały się tam duże, teczujące koła, z dźwiękiem sankowych dzwonków zderzały się luźno wiszące u stropu srebrne rurki, migotały pryzmatyczne lustra, ale wszystko było puste. Na samym końcu pasażu w ciemności błysnął napis TU HAHAHA. Znikł. Ruszyłem tam. Znowu rozjarzyło się TU HAHAHA i znikło jak zdmuchnięte. W następnym błysku dojrzałem wejście. Usłyszałem głosy. Wszedłem przez kurtynę ciepłego podmuchu.
W głębi stały dwa z tych bezkołowych aut, kilka lamp świeciło, pod nimi gestykulowało żywo trzech ludzi, jakby się, sprzeczali. Podszedłem do nich.
— Halo, panowie!
Nawet się nie obejrzeli. Mówili dalej, szybko, mało co rozumiałem: no to sap, no to sap — powtarzał piskliwie najniższy, z małym brzuszkiem. Na głowie miał wysoką czapkę.
— Panowie, szukam hotelu. Gdzie tu jest…
Nie zwracali na mnie uwagi, jakbym nie istniał. Ogarnęła mnie pasja. Nic już nie mówiąc wszedłem między nich. Najbliższy — widziałem głupawy połysk białek i skaczące wargi — zaseplenił:
