jeszcze jej głos, nagle zatupotały za mną lekkie kroki, jakaś dziewczyna biegła ku stojącej, gonił ją ktoś, z krótkim gardłowym śmiechem przemknęła po stopniach i przebiegła przez tamtą na wylot — już pędziła dalej, ten, kto ją ścigał, buchnął ciemną sylwetą tuż obok mnie, znikli, usłyszałem po raz drugi wabiący śmiech dziewczyny i stałem jak kloc, wryty w piasek, nie wiedząc, czy mam się śmiać, czy płakać; nie istniejąca śpiewaczka zanuciła coś cicho. Nie chciałem słuchać. Odszedłem w ciemność, ze zmartwiałą twarzą, jak dziecko, któremu udowodniono kłamliwość bajki. To było jak profanacja. Szedłem, a jej głos prześladował mnie. Skręciłem, aleja szła dalej, zobaczyłem słabe lśnienie żywopłotów, mokre festony liści obwisały nad furtką z metalu. Otwarłem ją. Było tam jakby nieco jaśniej. śywopłoty kończyły się szerokim wybiegiem, z trawy sterczały głazy, jeden poruszył się, urósł, zajrzałem w dwa blade płomyki oczu. Zamarłem. To był lew. Wstał, unosząc się ciężko, najpierw przodem, widziałem go teraz całego, o pięć kroków, miał skąpą, skudloną grzywę, przeciągnął się, raz, drugi, z powolnym falowaniem barków podszedł do mnie bez najmniejszego szmeru. Ochłonąłem już.

— No, no, nie strasz — powiedziałem. Nie mógł być prawdziwy — fantom, jak ta śpiewaczka, jak ci tam na dole, przy czarnych autach — ziewnął, o krok, w czarnej czeluści błysło od kłów, zwarł paszczę ze szczękiem ryglowanej kraty, poczułem jego smrodliwy dech, co…

Prychnął. Poczułem kropelki śliny i nim zdążyłem się przerazić, szturchnął mnie swoją olbrzymią głową w biodro, mrucząc ocierał się o mnie, poczułem idiotyczne łechtanie w piersiach…

Nadstawiał podgardle, luźną, ciężką skórę. Na pół przytomny zacząłem go drapać, czochrać, mruczał coraz głośniej, za nim łysnęła druga para oczu, drugi lew, nie, lwica, pchnęła go barkiem. Zahurkotało mu w krtani, to był pomruk, nie ryk. Lwica nastawała.

Uderzył ją łapą. Prychnęła wściekle.

To się źle skończy — pomyślałem. Byłem bezbronny, a lwy tak żywe, tak prawdziwe, jak można sobie wyobrazić. Stałem w ciężkim swędzie ich ciał. Lwica prychała wciąż, naraz wyrwał mi szorstkie kudły z rąk, zwrócił ku niej swą ogromną głowę i zagrzmiał; lwica przypadła płasko do ziemi.



43 из 235