
Czas już na mnie — powiedziałem do nich bez głosu, samymi wargami. Zacząłem cofać się w stroną furtki, wolno, tyłem, nie była to przyjemna chwila, ale on zdawał się już mnie w ogóle nie dostrzegać. Położył się ciężko, znowu podobny do podługowatego głazu, lwica stała nad nim i trącała go pyskiem.
Zamknąwszy za sobą furtkę, musiałem z całej siły powstrzymać się od ucieczki. Kolana miałem trochę miękkie, a w gardle schło i naraz moje pochrząkiwanie zmieniło się w szalony śmiech, przypomniałem sobie, jak mówiłem do niego: No, no, nie strasz… — przekonany, że jest tylko złudzeniem…
Korony drzew wyraźniej odcinały się od nieba; świtało. Byłem z tego nawet rad, bo nie wiedziałem, jak wydostać się z parku. Był już zupełnie pusty. Minąłem kamienne rondo, w którym pojawiła się przedtem śpiewaczka, w następnej alei natrafiłem na robota strzygącego trawnik. O hotelu nic nie wiedział, ale wyjaśnił mi, jak mam iść do najbliższego eskalatora.
Zjechałem na dół, chyba kilka pięter, i wyszedłszy na ulicę dolnego poziomu zdziwiłem się, zobaczywszy znów nad sobą niebo. Ale i moja zdolność dziwienia się była omal wyczerpana.
Miałem dość. Szedłem jakiś czas, pamiętam, że siedziałem potem obok fontanny, a może to nie była fontanna, wstałem, szedłem dalej w narastającym świetle nowego dnia, aż ocknąłem się z odrętwienia na wprost wielkich, rozjarzonych szkieł, z ognistymi zgłoskami ALCARON HOTEL.
W białej portierni, przypominającej przewróconą wannę wielkoluda, siedział robot, pięknie stylizowany, półprzeźroczysty, o długich, delikatnych ramionach. Nie pytając o nic podał mi książkę, wpisałem się do niej i z małym trójkątnym znaczkiem pojechałem na górę. Ktoś — nie wiem, doprawdy, kto — pomógł mi otworzyć drzwi, a raczej zrobił to za mnie.
