
— Ile płacę? — spytałem go.
— Dziękuję, nic — powiedział. Był podobny do sprzętu raczej aniżeli do kukły. Miał jedno, kryształowe, okrągłe oko. Coś poruszało się w głębi, ale nie zdobyłem się na to, żeby mu zaglądać do brzucha. Nawet napiwku nie było komu dać. Nie wiedziałem, czy — mnie zrozumie, jeśli spytam go o gazetę. Może już ich nie było. Poszedłem więc na zakupy. Ale najpierw natrafiłem na Biuro Podróży — to było jak olśnienie. Wszedłem do środka.
W wielkiej sali, srebrnej ze szmaragdowymi konsolami (zaczynałem już mieć dosyć tych kolorów), było prawie pusto. Matowe szyby, olbrzymie barwne zdjęcie kanionu Colorado, krateru Archimedesa, urwisk Dejmosa, Palm Beach, Florydy — było to tak zrobione, że patrząc widziało się głębię, a nawet morskie fale poruszały się, jakby to nie były fotografie, lecz okna otwarte na rzeczywistą przestrzeń. Podszedłem do okienka z napisem ZIEMIA.
Siedział tam oczywiście robot. Tym razem był złoty. A raczej oprószony złotem.
— Czym możemy panu służyć? — spytał. Głos miał głęboki. Zamknąwszy oczy przysiągłbym, że przemawia tęgi, ciemnowłosy mężczyzna.
— Zależy mi na czymś prymitywnym — powiedziałem. — Wróciłem właśnie z długiej podróży — bardzo długiej. Nie chcę nadmiernego komfortu. Chcę mieć spokój, wodę, drzewa, mogą być góry. śeby było prymitywnie i staroświecko. Jak przed stu laty. Macie coś takiego?
—.— Jeżeli pan sobie tego życzy, musimy mieć. Góry Skaliste, Fort Plumm. Majorka.
Antyle.
