
Więc do infora; nie robiłem teraz nic, nie dowiedziawszy się wprzód należycie, co i jak, zresztą infor potrafił także zamówić glider, ale o to nie ważyłem się jeszcze prosić, bo nie wiedziałem, jak się do niego wsiada, no i co robić potem; miałem jednak teas.
W restauracji, ledwo rzuciwszy okiem na kartę, przekonałem się, że to dla mnie zupełna chińszczyzna, i twardo poleciłem przynieść sobie śniadanie: normalne śniadanie.
— Ozot, kress czy herma? Gdyby kelner był człowiekiem, powiedziałbym, żeby przyniósł to, co sam woli, ale to był robot. Było mu wszystko jedno.
— A kawy nie ma?… — spytałem z niepokojeni,
— Jest. Kress, ozot czy herma?
— Kawa i, tego… no, to, co najlepiej pasuje do kawy, ten, e…
— Ozot — powiedział i odszedł. Udało się.
Miał to chyba wszystko przygotowane, bo natychmiast wrócił z tacą tak zastawioną, że gotów byłem podejrzewać jakiś podstęp czy kawał. Ale jej widok uzmysłowił mi na dobre, że poza bonsem, który zjadłem wczoraj, i kubkiem osławionego brytu nic nie miałem w ustach od przybycia.
Jedyna rzecz podobna do czegokolwiek to była kawa, przypominająca dobrze przegotowaną smołę. Śmietanka była w drobniutkie, niebieskie kropki i na pewno nie pochodziła od krowy. śałowałem, że nie mogę podpatrzyć kogoś, kto umie to wszystko jeść, ale pora śniadania już chyba minęła, byłem bowiem sam. Talerzyki, sierpowatego kształtu, z dymiącą masą, z której wystawały jakby końce zapałek, w środku niby upieczone jabłko; naturalnie ani jabłko, ani zapałki, a to znów, co wziąłem za płatki owsiane, zaczęło, tknięte łyżeczką, rosnąć.
