
Przyjął mnie facet z miną artysty malarza, obejrzał mnie najpierw, zgodził się ze mną, że powinienem nosić raczej rzeczy luźne; zauważyłem, że nie był mną zachwycony. Ja nim też nie. Skończyło się na kilku swetrach, które zrobił mi na poczekaniu. Stałem z uniesionymi rękami, a on uwijał się wokół mnie, operując czterema naraz flaszkami. Płyn w powietrzu biały jak piana krzepł prawie momentalnie. Powstały z tego swetry w różnych kolorach, jeden miał pas na piersi, czerwony na czarnym; najtrudniejsze było, jak spostrzegłem, wykańczanie kołnierza i rękawów. Do tego trzeba było rzeczywiście wprawy.
Bogatszy o to przeżycie, które nic zresztą nie kosztowało, znalazłem się na ulicy w pełnym słońcu południa. Gliderów było nieco mniej, za to nad dachami mnóstwo owych cygarowatych maszyn. Tłumy wpływały eskalatorami do niższych poziomów, wszyscy się spieszyli, tylko ja miałem czas. Jakąś godzinę grzałem się na słońcu, pod rododendronem ze zdrewniałymi łuskami po obumarłych liściach, potem wróciłem do hotelu.
