
To ja się zmieniłem, nie ona. Urosłem.
Myśl była absurdalna, niemniej zaniepokoiła mnie. Połączyłem się z hotelowym łnforem, prosząc o adres lekarza — specjalisty od medycyny kosmicznej. Do Adaptu wolałem nie iść jak długo się da. Po krótkiej chwili milczenia, zupełnie jakby odpowiadający automat zawahał się — usłyszałem adres. Lekarz mieszkał na tej samej ulicy, kilka bloków dalej. Poszedłem do niego. Robot wprowadził mnie do dużego, przyciemnionego pokoju. Oprócz mnie nikogo w nim nie było.
Po chwili wszedł lekarz. Wyglądał, jakby zszedł z rodzinnej fotografii w gabinecie mego ojca. Był mały, ale nie drobny, siwy, nosił malutką, białą bródkę i złote okulary — pierwsze szkła, jakie zobaczyłem na ludzkiej twarzy od chwili lądowania. Nazywał się doktor Juffon.
— Hal Bregg? — powiedział. — To pan?
— To ja.
Milczał patrząc na mnie długą chwilę.
— Co panu dolega?
— Właściwie nic, doktorze, tylko:.. — powiedziałem mu o moich dziwnych spostrzeżeniach.
Nic nie mówiąc otworzył przede mną drzwi. Wszedłem do niewielkiego gabinetu.
— Proszę się rozebrać.
— Całkiem? — spytałem, kiedy zostałem w spodniach.
— Tak.
Obejrzał mnie nagiego.
— Nie ma już takich mężczyzn — mruknął jakby do siebie. Wysłuchał mego serca, przykładając mi do piersi zimną słuchawkę. I za tysiąc lat będzie tak samo — pomyślałem i myśl ta sprawiła mi drobną przyjemność. Zmierzył mój wzrost, potem kazał ml się położyć.
