— Pan by poleciał?

— Nie.

— Dlaczego?

— Powiem panu. śaden z nas nie poleciałby, gdyby wiedział, jak tam jest. Tego nikt nie wie. Nikt, kto tam nie był. Byliśmy kupą śmiertelnie przerażonych, zrozpaczonych zwierząt.

— Jak pan to godzi z tym, co pan powiedział przed chwilą? — Nie godzę. Tak było. Baliśmy się. Doktorze, przecież ja, czekając na Ardera, krążąc wokół tego słońca — powymyślałem sobie różne osoby i rozmawiałem z nimi, mówiłem za siebie i za nie; i pod koniec uwierzyłem, że one są ze mną. Każdy ratował się, jak umiał.

Niech pan pomyśli, doktorze. Siedzę tu, przed panem, wynająłem sobie willę, kupiłem stare auto, chcę się uczyć, czytać, pływać, ale ja to wszystko w sobie mam. To jest we mnie, ta przestrzeń, ta cisza, i jak Venturi krzyczał o pomoc, a ja, zamiast ratować go, dałem całą wstecz!

— Dlaczego?

— Prowadziłem „Prometeusza”; nawalił mu stos. Mógł rozsadzić nas wszystkich. Nie rozleciał się; nie rozsadziłby. Może byśmy go zdążyli wyciągnąć, ale nie miałem prawa ryzykować. Wtedy, z Arderem, było na odwrót. Ja chciałem go ratować, a Gimma wzywał mnie, bo się” bał, że zginiemy obaj.

— Bregg… niech mi pan powie, czego oczekiwaliście od nas? Od Ziemi?

— Pojęcia nie mam. Nigdy o tym nie myślałem. To było, jakby ktoś mówił o życiu pozagrobowym albo o raju, że będzie, ale nikt nie potrafił sobie tego wyobrazić. Doktorze — dosyć. Nie mówmy o tym. Chciałem pana zapytać o jedną rzecz. Jak jest z tą… betryzacją?

— Co pan o niej wie?

Powiedziałem mu. Ale nic o tymi, w jakich okolicznościach ani od kogo się dowiedziałem.

— Tak — powiedział. — Mniej więcej… w przeciętnym wyobrażeniu to jest tak,



64 из 235