— Jestem z Adaptu — powiedziała — rozmawiałam dzisiaj z panem.

— A, to pani była?

Nastroszyłem się trochę. Czego znów chcieli ode mnie?

Usiadła. I ja usiadłem powoli.

— Jak się pan czuje?

— Doskonale. Byłem dziś u lekarza, zbadał mnie. Wszystko gra. Wynająłem sobie willę, chcę trochę poczytać.

— Bardzo rozsądne. Klavestra jest pod tym względem świetna. Będzie pan miał góry, spokój…

Wiedziała, że to Klavestra. Śledzili mnie czy jak? Siedziałem nieruchomo, czekając na dalszy ciąg.

— Przyniosłam panu… coś od nas. Wskazała mały pakiet, leżący na stole.

— To nasza najnowsza rzecz, wie pan — mówiła z ożywieniem, trochę sztucznym. —

Kładąc się spać nastawi pan aparat… i w ciągu kilkunastu nocy dowie się pan, w najprostszy sposób, bez żadnego wysiłku, mnóstwa pożytecznych rzeczy.

— Tak? To dobre — powiedziałem. Uśmiechnęła się do mnie. I ja się uśmiechnąłem, grzeczny uczeń.

— Pani jest psychologiem?

— Tak. Zgadł pan…

Wahała się. Widziałem, że chce coś powiedzieć.

— Słucham…

— Nie będzie się pan na mnie gniewał?

— Dlaczego miałbym się gniewać?

— Bo widzi pan… pan ubiera się trochę…

— Wiem. Ale lubię te spodnie. Może z czasem…

— Ach nie, mniejsza o spodnie. Sweter…

— Sweter? — zdziwiłem się. — Dzisiaj mi go zrobili, to chyba ostatni krzyk mody, nie?

— Tak. Tylko pan go niepotrzebnie nadął… pozwoli pan?

— Proszę — powiedziałem całkiem cicho. Wychyliła się z fotela, wyprostowanymi palcami uderzyła mnie lekko w pierś i krzyknęła słabo. — Co pan tam ma?

— Oprócz siebie nic — odpowiedziałem z krzywym uśmiechem.

Objęła lewą ręką palce prawej i wstała. Nagle ten mój podszyty złośliwością satysfakcji spokój słał się jak lód.

— Niechże pani spocznie.



70 из 235