— Kiedy… strasznie pana przepraszam, ja…

— Głupstwo. Dawno pracuje pani w Adapcie?

— Drugi rok.

— Aha — i pierwszy pacjent? — pokazałem palcem na siebie. Zarumieniła się trochę.

— Mogę panią o coś spytać?

Zatrzepotała powiekami. Może myślała, że chcę się z nią umówić na randkę?

— Naturalnie…

— Jak to jest zrobione, że na każdym poziomie miasta widać niebo? Ożywiła się.

— To bardzo proste. Telewizja — tak to dawniej nazywano. Na stropach są ekrany — transmitują to, co jest nad ziemią, wygląd nieba, chmur…

— Ale te poziomy nie są chyba wysokie — powiedziałem — a stoją tam i czterdziestopiętrowe domy…

— To złudzenie — uśmiechnęła się — tylko część domów jest rzeczywista; przedłużenie stanowi obraz. Rozumie pan?

— Rozumiem, jak to jest, ale nie rozumiem, po co?

— Po to, żeby mieszkańcy żadnego poziomu nie czuli się poszkodowani. Pod żadnym względem…

— Aha — powiedziałem. — Tak, to dowcipne… jeszcze jedno. Wybieram się po książki.

Czy może mi pani polecić kilka rzeczy ze swej dziedziny? Takich… kompilujących.

— Pan chce studiować psychologię? — zdziwiła się.

— Nie, ale chcę wiedzieć, coście zrobili przez ten czas…

— Radziłabym Mayssena — powiedziała.

— Co to jest?

— Podręcznik szkolny.

— Wolałbym coś większego. Kompendia, monografie… zawsze lepiej brać z pierwszej ręki…

— To będzie może za… trudne… Uśmiechnąłem się uprzejmie.

— Może nie. Na czym polega trudność?

— Psychologia bardzo się zmatematyzowała…

— Ja też. Do tego miejsca, które zostawiłem sto lat temu. Czy trzeba więcej?

— Przecież nie jest pan matematykiem?

— Z zawodu nie, ale studiowałem. Na „Prometeuszu”. Było tam… sporo wolnego czasu, wie pani.

Zdziwiona, zbita z tropu, nic już nie powiedziała. Zostawiła mi kartkę ze spisem tytułów.



71 из 235