
Pochylił się nad prasą, sięgnął po klucz i zaczął coś poprawiać w mechanicznym mroku.
— Musisz mieć pewną rękę, żeby uzyskać takie równe litery — powiedział William.
Czuł lekkie wyrzuty sumienia, że wytknął błąd. Prawdopodobnie i tak nikt by go nie zauważył. Mieszkańcy Ankh-Morpork uważali, że ortografia to rodzaj opcjonalnego dodatku. Wierzyli w nią tak samo, jak wierzyli w interpunkcję: nieważne, gdzie się wstawiło znaki, byle były.
— Przypuszczam, że ten błąd… — „bums!” — nie ma znaczenia — zapewnił.
Dobrogór znowu otworzył prasę i bez słowa wręczył Williamowi wilgotną kartkę papieru. William przeczytał. W miejscu „f’ znalazło się „w”.
— Jak… — zaczął.
— To taki niemal magiczny sposób tworzenia wielu kopii pisma szybko — odparł Dobrogór.
Następny krasnolud zjawił się przy nim, trzymając dużą metalową ramę. Była pełna odwróconych metalowych liter. Dobrogór wziął ją i uśmiechnął się szeroko do Williama.
— Chce pan wprowadzić jakieś poprawki, zanim puścimy to na maszynę? Wystarczy słowo. Dwa tuziny wydruków?
— O bogowie… — westchnął William. — To jest druk, tak?
* * *
Lokal Pod Kubłem był tawerną. Swego rodzaju. Nie miewał przypadkowych klientów. Ulica, jeśli nawet nie była ślepym zaułkiem, to w każdym razie poważnie niedowidzącym z powodu zmiennych losów tej okolicy. Niewiele firm na nią wychodziło. Ciągnęły się tu głównie tyły różnych podwórzy albo składów. Nikt nawet nie pamiętał, czemu nazywała się Błyskotna. Nie było na niej nic specjalnie błyszczącego.
Poza tym nazwanie tawerny Kubłem nie należało do pomysłów, które trafiają na listę Najlepszych Decyzji Marketingowych w Historii. Jej właścicielem jest chudy, zasuszony pan Cheese, który uśmiecha się tylko wtedy, kiedy usłyszy o jakimś poważnym morderstwie. Tradycyjnie nie dolewa do pełna, a żeby jakoś to wyrównać, dolicza do rachunków. Jednakże bar został przejęty przez Straż Miejską jako nieoficjalny pub policyjny, gdyż policjanci lubią pić w miejscach, gdzie nikt inny nie zagląda i gdzie nie muszą pamiętać, że są policjantami.
