
Miało to swoje zalety. Nawet licencjonowani złodzieje nie próbowali teraz okradać Kubła — policjanci nie lubią, kiedy ktoś przeszkadza im w piciu. Z drugiej strony, pan Cheese nigdy jeszcze nie widział większej bandy drobnych przestępców niż ci, którzy nosili mundury straży. Trafiało do niego więcej lewych dolarów i dziwnych obcych monet niż w ciągu wcześniejszych dziesięciu lat w tym interesie. To było przygnębiające. Ale niektóre opisy morderstw okazywały się całkiem zabawne.
Część jego dochodów pochodziła z wynajmowania szczurzego labiryntu starych szop i piwnic przylegających do baru. Zwykle zajmowali je, na bardzo krótki czas, tego rodzaju entuzjastyczni producenci, którzy wierzyli, że dzisiejszy świat naprawdę, ale to naprawdę potrzebuje nadmuchiwanej tarczy do strzałek.
Teraz jednak przed Kubłem zebrał się spory tłumek ludzi czytających jeden z nieco nieortograficznych plakatów, jaki Dobrogór przybił do drzwi. Dobrogór wyszedł, odprowadzając Williama, i przybił w to miejsce poprawioną wersję.
— Przepraszam za pańską głowę — powiedział. — Wygląda na to, że coś na panu nadrukowaliśmy. To na koszt firmy.
William poczłapał do domu, trzymając się w cieniu, na wypadek gdyby spotkał pana Cripslocka. Powkładał zadrukowane kartki do kopert, zabrał je do Bramy Osiowej i oddał posłańcom, uświadamiając sobie, że robi to na kilka dni przed planowanym terminem.
Posłańcy patrzyli na niego podejrzliwie.
Wrócił do swojej kwatery i popatrzył do lusterka nad umywalką… Sporą część jego czoła zajmowało duże „R” odbite w sinych barwach.
Zakrył je bandażem.
I wciąż miał jeszcze osiemnaście kopii. Po namyśle, w nagłym przypływie zuchwałości, przejrzał swoje notatki i znalazł adresy osiemnastu obywateli, którzy zapewne mogli sobie na to pozwolić.
