
— Powinienem zdobyć porządne wykształcenie, jak pan — oświadczył przygnębiony Dibbler. — A potem mila robota pod dachem, bez dźwigania ciężarów. Mógłbym znaleźć swojego nicza, gdybym odebrał wykształcenie.
— Nicza?
— Któryś z magów mi o nich opowiedział. Wszystko ma swojego nicza. No wie pan… Takie miejsce, gdzie powinno być. Do czego się nadaje…
William pokiwał głową. Znał się na słowach.
— Niszę? — upewnił się.
— Coś podobnego, tak. — Dibbler westchnął. — Przegapiłem semafory. Po prostu nie zauważyłem, że to będzie szał. A potem ani się obejrzałem, a każdy miał już firmę sekarową. Wielkie pieniądze. Za wielkie jak na mój gust. Ale mogło mi się udać z Fungiem Szują. Zwyczajny pech.
— Naprawdę poczułem się lepiej, kiedy ustawiłem krzesło w innym miejscu — zapewnił go William.
Ta rada kosztowała go dwa dolary, wraz z zaleceniem, by zamykał klapę od wygódki, żeby Smok Nieszczęśłiwości nie wleciał mu w siedzenie.
— Był pan moim pierwszym klientem i jestem za to wdzięczny — rzekł Dibbler. — Wszystko już miałam przygotowane, gongi Dibblera, lusterka Dibblera, forsa tylko czekała… To znaczy, wszystko było już ułożone dla osiągnięcia maksymalnej harmonii, ale wtedy… bęc! Zła karma znów na mnie spadła.
— No ale pan Passmore dopiero po tygodniu znowu mógł chodzić — przypomniał William.
Przypadek drugiego klienta Dibblera okazał się bardzo użyteczny dla jego listu z wieściami, co poniekąd wyrównało stratę tych dwóch dolarów.
— Skąd mogłem wiedzieć, że Smok Nieszczęśliwości naprawdę istnieje? — poskarżył się Dibbler.
— Bo chyba go nie było, dopóki pan go nie przekonał, że jest. Dibbler poweselał trochę.
