
— Co tam. Można mówić, co się chce, ale zawsze dobrze mi szła sprzedaż idei. Czy zdołam pana przekonać do idei, że kiełbaska w bułce jest właśnie tym, czego obecnie pan pragnie?
— Właściwie muszę zanieść to do… — zaczął William i wytężył słuch. — Zdaje się, że ktoś krzyczał…
— Mam gdzieś tutaj zimne paszteciki z mięsem. — Dibbler pogrzebał na tacy. — Mogę zaproponować przekonująco okazyjną cenę na…
— Na pewno coś słyszałem — przerwał mu William. Dibbler nastawił ucha.
— Coś jakby turkotanie?
— Tak.
Wpatrywali się w skłębione opary przesłaniające Broad-Way. Które to opary całkiem nagle stały się wielkim wozem przykrytym brezentem, sunącym niepowstrzymanie i bardzo szybko…
— Zatrzymać prasę!
Ten okrzyk William jeszcze usłyszał, zanim coś wyskoczyło z ciemności i trafiło go między oczy.
* * *
Plotka, piórem Williama przypięta do papieru niczym motyl do kawałka korka, nie dotarła do uszu pewnych osób, ponieważ zajęte były innymi, bardziej mrocznymi sprawami.
Łódź sunęła po syczących wodach rzeki Ankh, które zamykały się za nią bardzo powoli.
Dwaj ludzie pochylali się nad wiosłami. Trzeci siedział na spiczastym końcu. Od czasu do czasu się odzywał, jak na przykład:
— Nos mnie swędzi.
— Musisz zaczekać, aż dopłyniemy na miejsce — odparł jeden z wiosłujących.
— Moglibyście znów mnie wypuścić. Okropnie swędzi.
— Wypuściliśmy cię, kiedy się zatrzymaliśmy na kolację.
— Ale wtedy nie swędział. Odezwał się drugi z wiosłujących.
— Czy mam mu znowu przyłożyć …onym wiosłem w ten jego …ony łeb, panie Szpilo?
— Dobry pomysł, panie Tulipanie.
W ciemności rozległo się głuche uderzenie.
— Au!
— A teraz dość już narzekań, przyjacielu, bo pan Tulipan straci cierpliwość.
