
„Rozległe fundamenty liczącej tysiąc pięćset lat budowli odkryto na terenie rodowej siedziby książąt Montegiano, nieopodal pałacu, w którym rezyduje obecna głowa rodu, książę Gustavo."
Nucenie umilkło.
– Byłaś kiedyś w Rzymie, mamo? Cisza.
– Mamo? Mamo!
Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, Billy pochylił się i pomachał Joannie ręką przed nosem.
– Tu Ziemia, tu Ziemia. Mamo, odezwij się! Odbiór!
– Przepraszam. Co mówiłeś?
– Czy byłaś w Rzymie? – Co? Ja? Eee…tak, tak.
– Mamo, gadasz, jakby ci padło na mózg – stwierdził przyjacielskim tonem.
– Tak myślisz, kochanie? Przepraszam cię, ale… Proszę, czyli on jednak miał rację, wierząc tym przekazom o zaginionym wielkim pałacu.
– On? Znasz tego księcia Jakiegoś Tam?
– Spotkałam go kiedyś. Raz. Dawno. Chcesz lody? – Desperacko zmieniła temat, bo przecież nie mogła powiedzieć: Gustavo Montegiano to człowiek, którego kochałam bardziej niż twojego ojca, człowiek, którego mogłam poślubić, gdybym okazała się wystarczająco samolubna.
A gdyby wolno było mówić takie rzeczy, dodałaby jeszcze: To człowiek, który złamał mi serce, nawet o tym nie wiedząc.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
– Dzwoń, do diabła! No już!
Książę Gustavo utkwił spojrzenie w telefonie, który uparcie milczał.
– Miałaś dzwonić co tydzień – wycedził. – A to już dwa tygodnie!
Cisza.
Zerwał się zza biurka, podszedł do oszklonych drzwi, wyjrzał na kamienny taras. Na ostatnim z szerokich stopni siedziała dziewięcioletnia dziewczynka, zgarbiona, sprawiająca wrażenie opuszczonej, i ten widok jeszcze podsycił jego gniew. Przeszedł przez pokój, chwycił słuchawkę, gwałtownie wybrał numer.
Oczywiście wiedział, że nikt nie jest w stanie zmusić jego byłej żony do zrobienia czegokolwiek, na co nie miała ochoty, ale tym razem zamierzał naciskać aż do skutku. Ich córka rozpaczliwie potrzebowała jakiegoś dowodu, że mama o niej nie zapomniała.
