
W trwającym kilka minut półśnie znowu usłyszała te słabe dźwięki. Jakieś szepczące głosy.
„Czy oczekiwany wkrótce się pojawi?”
Takie właśnie słowa wypowiadały szeptem te głosy. A może jej się tylko zdawało?
„Przez setki lat czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy”. Czy słyszała coś jeszcze o zaczarowanym ludzkim dziecięciu?
Nie była w stanie sobie tego przypomnieć. Senne marzenie rozproszyło się i rozwiało.
Tiril odwróciła się do ściany i oparła dłoń na boazerii. Jaka jedwabista powierzchnia, ile w niej życia. Jak dłoń przyjaciela. Przesuwała ręką po drewnie.
Jestem teraz taka szczęśliwa. Mam Móriego. I Nera. I odnalazłam matkę, którą z każdym dniem bardziej lubię.
A mimo to nie czuję się bezpieczna.
Oczekuję dziecka Móriego. To szczęście tak wielkie, że czasami o mało się nie uduszę łzami radości. Zwłaszcza ze już od dawna zaakceptowałam to maleństwo.
Dlaczego właśnie to cudowne oczekiwanie miesza się z rozdzierającym serce lękiem?
Rozdział 5
Wielki Mistrz Zakonu Świętego Słońca ponownie znajdował się w domu po spotkaniu w poświęconych Słońcu salach. Od brata Lorenza wciąż nie było żadnych wiadomości. Dlatego musiał raz jeszcze wezwać księżnę Theresę.
Tiril Dahl już nie odpowiadała na jego wołania. Zresztą szczerze mówiąc nigdy tego nie robiła, on jednak czuł, że związek między nimi istnieje, ale teraz jakby ich oddzielał jakiś mur. Jakby ona już nie słyszała jego wezwań. To niepojęte, niewytłumaczalne!
A może tkwił jakiś okruch prawdy w tym, co twierdzili Reuss i von Kaltenhelm? Że tę dziewczynę otaczają teraz potężniejsze siły.
