
Trzej służący brata Lorenza przenieśli wszystkie bagaże na pokład łodzi, która miała zawieźć ich do Szwecji. Stamtąd drogą lądową zamierzali podążyć do Norwegii.
Służący zostali dobrani niezwykle starannie; jeden z nich pochodził z północnych krajów i dzięki temu mógł być tłumaczem na barbarzyńskiej ziemi.
Lorenzo stał przy relingu i dygotał z zimna, chociaż miał na sobie ciepły sweter, który dała mu żona, i jeszcze wiele innych ubrań. Morze było ohydnie szare, pokryte spienionymi sztormowymi falami. Lorenzo przymocował kapelusz szalikiem zawiązanym pod brodą i walczył jak mógł o zachowanie godnego wyglądu, mimo że opatulił się w niemal wszystko, co miał, a na dodatek ciekło mu z nosa.
Był to ostatni w tym roku statek przez cieśninę. Przy tamtym brzegu zaczynał się już kłaść lód.
Lorenzo tedy nie będzie mógł wrócić wcześniej niż, dopiero z nadejściem wiosny. Był wściekły, ale cóż mógł na to poradzić? Rozkaz to rozkaz, nikt nie odmawia Mistrzowi.
Tłumacz dyskutował gorączkowo z jakimś wysokim członkiem załogi. Na kei zaczynano odwiązywać cumy.
– Signore Lorenzo… – tłumacz był podniecony.
– Tak, co się stało?
– Ten człowiek powiada, że księżna Theresa wraz z orszakiem pojechała znowu na południe.
– Co takiego? – ryknął Lorenzo i poczuł, że z gniewu twarz robi mu się purpurowa.
Stateczek powoli odpływał od kei.
– Zatrzymajcie się! – krzyknął Lorenzo. – Nakazuję wam zatrzymać łódź! Muszę zejść na ląd!
Przeklęte babsko! Czy ona sama nie wie, czego chce?
Szyper nie miał ochoty słuchać poleceń Lorenza. Łódź. była szwedzka, miała przed sobą ostatni kurs w tym sezonie, szyper chciał wracać do domu i nie miał czasu na zabawy.
Nakłonienie kapitana „do rozsądku” kosztowało Lorenza połowę zawartości jego podróżnej kasy. I, oczywiście, mnóstwo czasu pochłonęło ponowne wyładowanie wszystkiego, co należało do Włochów.
