
Sługa księżnej i chłopiec z gospody skulili się na ziemi, obejmując głowy rękami. Rozszalała się wichura, szarpała ludźmi, jakby chciała zerwać z nich ubrania i powyrywać im włosy. Theresa najchętniej zaczęłaby krzyczeć z całych sił i uciekła stąd, ale znowu dała o sobie znać samodyscyplina, jaką wyrobiono w niej w latach dzieciństwa. Stała wyprostowana, sama na drodze w tym budzącym grozę kręgu. Tylko jej przerażone oczy mówiły, co czuje naprawdę. Ściskała magiczną runę zawieszoną na szyi.
I to jest świat mojej córki, myślała z bólem. Doświadcza spotkania z nim poprzez Móriego, ale nie mam pojęcia jak często. Czy powinnam była jej zabronić małżeństwa z tym islandzkim czarnoksiężnikiem?
Nagle uderzyła ją inna myśl: Głos nie miał nic wspólnego z Mórim. Duchy nie wiedziały, do kogo należy. Głos zaatakował Tiril i uczynił to, mimo że Móri był przy niej. Teraz chciał zaatakować również ją, Theresę. Bez Móriego i jego towarzyszy zarówno ona, jak i jej córka byłyby bezpowrotnie stracone.
Wołania nie było już słychać. Duchy zakończyły swoje przekleństwa w wielkim crescendo, co sprawiło, że księżnej o mało nie popękały bębenki.
Potem zaległa cisza.
Z poczuciem ulgi Theresa opuściła ramiona.
– Dzięki – szepnęła.
Móri uśmiechnął się krzywo.
– Proszę puścić runę, którą trzyma pani w lewej ręce, to nie będzie pani musiała już na nich patrzeć!
Księżna wyprostowała się.
– Nie! – powiedziała stanowczo. – Ja chcę na nich patrzeć. Chcę każdemu z nich podziękować za pomoc.
Nastała długa chwila ciszy, Móri, zaskoczony, spoglądał na księżnę z niedowierzaniem.
– One są przecież przyjaciółmi Tiril, prawda?
– Owszem, to prawdziwi przyjaciele.
– Więc pozwól mi spojrzeć im w twarze, istotom z dawno minionego czasu, z nie znanych dalekich miejsc i z nie znanych sfer.
Przybysze stali w bezruchu, po chwili wszyscy zaczęli się odwracać w stronę księżnej.
