
Lorenzo stał pogrążony w myślach. Jego twarz przybrała podstępny wyraz, ale był to też wyraz zadowolenia.
– Sankt Gallen, powiadasz? Sankt Gallen… To bardzo, bardzo interesujące! – zwrócił się znowu do pokojówki.
– Jej wysokość miała na myśli miasto czy kanton?
– Tego ja. nie wiem, proszę pana.
– Bo jeśli to było miasto…
Znowu pogrążył się w rozmyślaniach. Szeptał sam do siebie:
– W takim razie moje zadanie przestaje mieć znaczenie, jest zbędne. Nie wolno mi do tego dopuścić!
Ocknął się i popatrzył podejrzliwie na rzekomą gospodynię, ona jednak tymczasem zaczęła obrywać uschłe liście z kwiatów stojących na okiennym parapecie.
– Przepraszam, nie dosłyszałam, co mój pan raczył powiedzieć. Przepraszam.
– Nic. Przygotujcie mi świeże konie jeszcze dziś wieczór. Muszę niezwłocznie ruszać dalej.
– Ale kolacja…?
– Oczywiście, kolacja! A potem wszystko ma być przygotowane!
– Tak jest, wasza miłość!
Kilka godzin później brat Lorenzo i cała jego świta podróżowali dalej na południe. Tą samą drogą, którą rano poszła Theresa.
Na jakiś czas niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
A najważniejsze ze wszystkiego było to, że ani Głos, ani Lorenzo nie wiedzieli, iż celem podróży Tiril i Theresy jest Theresenhof.
Następnego dnia Theresa wysłała list do swego brata w Wiedniu:
Nikomu nie mów, gdzie jestem ja i moja córka - napisała między innymi. – Niczego Ci tymczasem nie mogę wyjaśnić, ale tropią nas źli ludzie, którzy chcą nas skrzywdzić.
Miała nadzieję, że brat potraktuje jej prośbę poważnie.
Theresa okazała wielką szczodrość wobec wszystkich w gospodzie, wynagrodziła ich sowicie w podzięce za uratowanie od wielkiego niebezpieczeństwa jej samej i jej małej rodziny. Karczmarz i jego małżonka obiecali, że nikomu nie wyjawią, dokąd księżna od nich pojechała.
– Z zachowania włoskiego pana wiemy teraz, że w Sankt Gallen znajduje się coś specjalnego – powiedział Móri, kiedy opuścili już gospodę w Hochstadt. – Przy najbliższej okazji postaram się zbadać tę sprawę dokładniej.
