
Coś piknęło w słuchawce. Rozmowa była nagrywana.
– …Czy ktoś zgłaszał zaginięcie dziecka w dzielnicy Hills? – spytał.
– Dzisiaj nie – odparł dyspozytor.
– Nikt?
– Tak jest. Przez całe popołudnie spokój. Przekażę pańską informację do dochodzeniówki, może zgłoszenie przyjdzie później. Sprawdzą to, jeśli zajdzie potrzeba.
– Pewnie coś mi się pomyliło. – Adrian odłożył słuchawkę, zanim dyspozytor zdążył go zapytać o nazwisko i adres.
Nic z tego nie rozumiał.
Wiedział, co zobaczył i że to było coś złego.
Podniósł głowę i wyjrzał przez okno. Zapadł zmrok, wzdłuż całej ulicy zapalały się światła. Pora kolacji, pomyślał. Rodziny zbierają się przy stole. Rozmawiają o tym, co wydarzyło się tego dnia w pracy i w szkole. Wszystko normalnie, żadnych niespodzianek. Nagle wyrzucił z siebie słowa, które rozbrzmiały w małej sypialni jak echo w kanionie.
– Nie wiem, co zrobić.
– Oczywiście, że wiesz, mój drogi – przekonywała jego żona. Była obok niego, w łóżku.
Rozdział 4
Zgłoszenie przyszło dopiero tuż po jedenastej wieczorem, kiedy detektyw Terri Collins poważnie się zastanawiała, czy nie pora spać. Dwoje jej dzieci już było w łóżkach – wcześniej sprawdziła, czy odrobiły lekcje, potem czytała im dotąd, aż zasnęły. Przed chwilą zrobiła ostatni matczyny obchód wieczoru – wsadziła głowę przez drzwi, wpuszczając do środka tylko tyle bladego światła z korytarza, by zobaczyć ich twarze i upewnić się, że smacznie śpią. Żadnych koszmarów. Równe oddechy. Żadnego pociągania nosem, które mogłoby zapowiadać przeziębienie. Czasem uczestniczyła w spotkaniach grupy wsparcia i tam poznała kilkoro samotnych rodziców, którzy praktycznie nie mogli się oderwać od swoich uśpionych dzieci. W nocy czuli się bezbronni, jakby wszelkie złe rzeczy, przez które znaleźli się w obecnej sytuacji, po zachodzie słońca miały większą swobodę działania. Czas na odpoczynek i regenerację zmienił się w porę niepewności, niepokoju i lęków.
