
Ale tej nocy jest jak należy.
Są bezpieczni.
Wszystko normalnie.
Zostawiła drzwi uchylone na parę centymetrów i poczłapała do łazienki, kiedy w kuchni zadzwonił telefon.
Pobiegła odebrać i zerknęła na zegar na ścianie. O tej porze to oznacza tylko kłopoty, stwierdziła w duchu.
Dzwonił nocny dyspozytor z komendy.
– Pani detektyw, na drugiej linii mam rozpaczającą kobietę. Zdaje się, że kiedyś już się z panią kontaktowała. Wygląda na to, że chodzi o kolejną ucieczkę z domu…
Terri Collins od razu odgadła, z kim dyspozytor chce ją połączyć. Może tym razem Jennifer zwiała na dobre, pomyślała. Ale to było nieprofesjonalne, a „ucieczka z domu” to tylko bezduszny skrót myślowy, określający zamianę znajomych koszmarów na inne, potencjalnie gorsze.
– Daj mi chwilę – poprosiła. Bez trudu przestawiła się z trybu matki na detektywa policji. Umiejętność dzielenia różnych sfer życia na schludne, uporządkowane sfery była jej mocną stroną. Zbyt wiele lat zbyt wielkiego zamętu wykształciło w niej palącą potrzebę prostoty i zorganizowania.
Zawiesiła połączenie z dyspozytorem i wybrała numer z listy przy telefonie w kuchni. Jedną z zalet tego, przez co przeszła, była nieformalna sieć pomocy. Zawsze mogła na kogoś liczyć. Szczęśliwie kobieta, do której zadzwoniła, to zawołany nocny marek.
– Cześć, Laurie, tu Terri. Przepraszam, że niepokoję o tej porze, ale…
– Wzywają cię i chcesz, żebym popilnowała dzieci?
Terri słyszała autentyczny entuzjazm w głosie przyjaciółki.
– Tak.
– Zaraz przyjadę. Nie na problemu. To dla mnie przyjemność. Długo cię nie będzie?
Terri się uśmiechnęła. Laurie chronicznie cierpiała na bezsenność i skrycie uwielbiała być wzywana w środku nocy, zwłaszcza do pilnowania dzieci, teraz, kiedy jej własne dorosły i się wyprowadziły. Wtedy przynajmniej mogła się czymś zająć, zamiast oglądać do rana telewizję albo snuć się po ciemnym domu i rozmawiać sama ze sobą o wszystkim, co poszło nie tak w jej życiu. Terri wiedziała, że to były długie rozmowy.
