
– Trudno powiedzieć. Co najmniej parę godzin. Ale pewnie dłużej. Może nawet całą noc.
– Wezmę szczoteczkę do zębów – odparła Laurie.
Terri zawiesiła rozmowę i znów połączyła się z dyspozytorem policji.
– Przekaż pani Riggins, że zjawię się u niej najpóźniej za pół godziny, żeby zbadać sprawę. Mundurowi są na miejscu?
– Już ich wysłałem.
– Daj im znać, że niedługo będę. Niech spiszą wstępne zeznania, żebyśmy zaczęli ustalać przebieg wydarzeń. I niech spróbują uspokoić panią Riggins – dodała, choć nie sądziła, żeby mogli tego dokonać.
– Zrozumiałem. – Dyspozytor się rozłączył.
Laurie wpadnie za kilka minut. Jak zwykle. Terri odłożyła słuchawkę. Przyjaciółka lubiła myśleć, że jest nieodłączną częścią każdego śledztwa, równie ważną jak technik czy specjalista od daktyloskopii badający miejsce zbrodni. Nieszkodliwe, użyteczne wyobrażenia. Terri wróciła do łazienki, ochlapała twarz wodą i przeczesała włosy szczotką. Mimo późnej pory chciała wyglądać porządnie, świeżo i wyjątkowo kompetentnie w obliczu bezmiaru rozpaczliwej paniki, z którą na pewno wkrótce się zetknie.
W oknach tylko gdzieniegdzie paliły się światła, kiedy Terri jechała ciemną ulicą przez dzielnicę Rigginsów. Jedynym domem, przy którym coś się działo, był jej cel; lampa na ganku świeciła jasno, jakieś postacie chodziły po salonie. Na podjeździe stał radiowóz, ale przybyli na miejsce policjanci nie włączyli koguta, więc wyglądał jak jeszcze jeden samochód oczekujący na poranny exodus z przedmieści do pracy i szkoły.
Terri zatrzymała swój wysłużony, sześcioletni, nieduży wóz. Zaczekała chwilę i odetchnęła głęboko, zanim zebrała rzeczy
– torbę z dyktafonem i oprawiony notes. Odznakę nosiła przyczepioną do paska torby. Kabura z bronią leżała na siedzeniu obok niej. Przytroczyła ją do paska dżinsów – najpierw upewniła się, że pistolet jest zabezpieczony i że w komorze nie ma naboju. Jeszcze jeden głęboki wdech i wyszła w noc. Ruszyła przez trawnik.
