Wylądowaliśmy na północnym krańcu Mare Nubium, tuż koło pasma Retiomontanus i wbiwszy podczas stosownej, chwytającej za serce ceremonii flagę, zajęliśmy się realizacją naszych zadań, które tam, na Ziemi, ćwiczyliśmy tyle razy w kółko.

Major Monroe Gridley przygotował wielką rakietę z maleńką kabiną dla pasażera wracającego na Ziemię, a miał nim być on sam.

Podpułkownik Thomas Hawthorne pracowicie sprawdzał, czy lądowanie nie wyrządziło szkód wśród pojemników z zaopatrzeniem przenośnymi pomieszczeniami mieszkalnymi.

A ja, pułkownik Benjamin Rice, pierwszy dowódca Bazy Wojskowej Nr 1 na Księżycu, jedna za drugą dźwigałem na swym obolałym grzbiecie naukowca olbrzymie paki i ustawiałem je sto metrów od statku, w miejscu, gdzie miała stanąć plastykowa kopuła.

Każdy skończył mniej więcej w tym samym czasie, zgodnie z harmonogramem, i przeszliśmy do Punktu Drugiego.

Monroe i ja zaczęliśmy stawiać kopułę. Z prefabrykatami sprawa jest prosta, ale ta budowla była tak wielka, że wymagała długotrwałego składania. Potem, gdy już ją zbudowaliśmy, czekał nas prawdziwy problem: ustawienie i uruchomienie całej skomplikowanej aparatury wewnętrznej.

Tymczasem Tom Hawthorne wsadził swoją pulchną osobę do jednomiejscowej rakiety, która równocześnie pełniła rolę szalupy ratunkowej.

Harmonogram wymagał, aby zrobić mniej więcej trzygodzinny zwiad wokół naszej kopuły. Uważaliśmy to za niemal pewną stratę czasu, paliwa rakietowego i wysiłku ludzkiego, ale jako zabezpieczenie było niezbędne. Pewnie zwiad miał wypatrywać jakichś potworów podziwiających księżycowe krajobrazy. Ale głównym jego zadaniem było dostarczenie dodatkowego materiału geologicznego i astronomicznego do raportu, który Monroe miał zabrać do sztabu armii na Ziemi.

Tom wrócił po czterdziestu minutach. Jego okrągła twarz pod przezroczystą kulą hełmu była blada jak brzuch śledzia. Gdy nam opowiedział, co zobaczył, tak samo zbledliśmy.



2 из 7