
Zobaczył drugą kopułę.
— Po drugiej stronie Mare Nubium — gadał w podnieceniu. — Jest trochę większa od naszej i bardziej płaska u góry. Tak samo jest nieprzezroczysta i ma tu i ówdzie różnokolorowe plamy. I jest ciemnoszara. To wszystko, co udało mi się zobaczyć.
— A na kopule nie było żadnych znaków? — spytałem niespokojnie. — Niczyich śladów dookoła?
— Nic, pułkowniku. — Spostrzegłem, że po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży odezwał się, używając wojskowego stopnia, co znaczyło, że mówił poważnie. — Człowieku, nie zazdroszczę ci podejmowania decyzji!
— Hej, Tom — wtrącił się Monroe. — To nie była tylko zaokrąglona wypukłość gruntu, co?
— Jestem geologiem, Monroe, i potrafię odróżnić topografię sztuczną od naturalnej. Poza tym… — spojrzał do góry. — Właśnie sobie przypomniałem, że coś opuściłem. Obok kopuły widać mały świeży krater, taki jak od dyszy rakiety.
— Dyszy rakiety? — powtórzyłem. — Rakiety, mówisz?
Tom uśmiechnął się do mnie z niejakim współczuciem.
— Powinienem powiedzieć: dyszy statku kosmicznego. Nie da się określić po kraterze, jakich urządzeń napędowych używają te istoty. Jeśli to w czymś pomoże, to ten krater nie jest taki sam, jakie zostawiają nasze tylne silniki.
Oczywiście, że nie był, Weszliśmy więc do naszego statku i odbyliśmy naradę wojenną. Wojenną, co się zowie. I Tom, i Monroe tytułowali mnie „pułkowniku” co drugie zdanie. Kiedy tylko mogłem, mówiłem do nich po imieniu.
Jednakże tylko ja mogłem podjąć decyzję. Co robić, rzecz jasna.
— Słuchajcie — powiedziałem na koniec — istnieje kilka możliwości. Albo wiedzą, że tu jesteśmy — bo zobaczyli, że lądujemy kilka godzin temu lub spostrzegli Toma podczas patrolu — albo nie wiedzą, że tu jesteśmy. Albo są istotami ludzkimi z Ziemi — wówczas według wszelkiego prawdopodobieństwa należą do wrogiego narodu — albo są z innej planety i wówczas mogą być nastawieni przyjaźnie, wrogo lub tak sobie.
