
— Majorze Monroe Gridley! — nie wytrzymałem. — Stańcie na baczność i złóżcie raport, natychmiast! — Tak naprawdę, to czułem, jak mi mrówki łażą po grzbiecie.
Monroe oparł się o ścianę kopuły.
— To tak się to robi w wojsku — cmoknął z podziwem. — Jak to mówią rekruci: można robić dobrze, można robić źle, można i po wojskowemu. Tylko że może być jeszcze inaczej. — Zaśmiał się. — Zupełnie inaczej.
— Coś z nim nie tak — usłyszałem szept Toma w słuchawkach. — Ben, coś go tam musiało strasznie wkurzyć.
— W tej drugiej kopule nie ma żadnych istot z innej planety — zapewnił mnie Monroe w nagłym przypływie zdrowego rozsądku. — Nie, to są na pewno ludzie, i to z Ziemi. Zgadnij, skąd?
— Zabiję cię — ostrzegłem go. — Przysięgam, że cię zabiję, Monroe. Skąd oni są — z Rosji, z Chin, z Argentyny?
— A cóż w tym byłoby tajemniczego? — skrzywił się. No, dalej, zgaduj jeszcze raz!
Długo wpatrywałem się w niego.
— Jedynym innym krajem…
— Tak jest — ucieszył się. — Zgadł pan, pułkowniku. Ta druga kopuła została postawiona przez Marynarkę. Tę cholerną marynarkę wojenną Stanów Zjednoczonych.
