
— W mojej karierze zdarzyło mi się już kilku pasażerów na gapę. Ale jeszcze nigdy lekarz. Niech mi pan powie, doktorze, o co tu chodzi?
— To długa opowieść — odparł Tennyson — ale wolałbym jej teraz nie zaczynać.
— Siedział pan tam przez parę godzin — ciągnął kapitan. — Pewnie udało się panu wejść w Gutshot. Dlaczego pan tak długo czekał?
— Właśnie miałem zamiar wyjść, kiedy pański przyjaciel wywlókł mnie stamtąd siłą.
— To nie był mój przyjaciel.
— Przepraszam.
— Na tym statku, poza nami nie ma — ani jednego człowieka — kontynuował kapitan. — Nikt nie chce latać tak daleko. Żeby skompletować załogę muszę przyjmować różne szumowiny. Latam z nimi rozwożąc ładunki innych szumowin aż na Koniec Wszechświata i…
— Koniec czego?
— Koniec Wszechświata. Tam właśnie zmierzamy. Niech mi pan nie mówi, że nie tam chciał pan się dostać?
— Do tej chwili nie — odparł lekko zaskoczony Tennyson. — Nigdy nie słyszałem o takim miejscu.
— W takim razie zapewne chciał pan po prostu opuścić Gutshot.
— Tym razem, Kapitanie, pańskie domysły są trafne.
— Jakieś problemy?
— Ratowałem swoje życie.
— I wpadł pan na pierwszy statek, który odlatywał?
Tennyson potwierdził skinieniem głowy.
— Usiądź człowieku — powiedział kapitan. — Nie stój tak. Chcesz coś do picia?
— Chętnie — zgodził się Tennyson.
— Powiedz mi — spytał kapitan — czy ktoś widział, jak wkradałeś się na statek?
— Raczej nie.
— Na pewno?
— Poszedłem wcześniej do baru. Wie pan, do jednej z tych portowych knajp. Kiedy wychodziłem, przypadkiem wziąłem czyjąś kurtkę i czapkę. O ile pamiętam, bardzo się spieszyłem…
— Teraz już wiemy, co stało się z ubraniem Jenkinsa. Jenkins to mój pierwszy mat.
— Oczywiście zaraz oddam kurtkę i czapkę — szybko odparł Tennyson. — Zostawiłem je w kryjówce.
