
— Ale ukrył się pan.
— To akurat jest proste do wytłumaczenia. Bałem się, że mógłby pan nie dać mi czasu na wyjaśnienia i, będąc pryncypialnym, wyrzucić mnie ze statku. Dlatego ukryłem się czekając na chwilę, kiedy wydawało mi się, że nie będzie pan już mógł zawrócić i, chcąc nie chcąc, będzie pan musiał kontynuować podróż.
— Z tego, co pan mówi, rozumiem, że jest pan gotów zapłacić za przejazd?
— Oczywiście. Proszę tylko podać cenę.
— Cóż, w takim razie pozwolę panu zapłacić za podróż zgodnie z normalną stawką, bez doliczenia ewentualnej kary.
— To bardzo miłe z pana strony.
— Doktorze Tennyson — kapitan zmienił temat — proszę się wreszcie napić. Nie przytknął pan nawet butelki do ust. Kiedy widzę, jak ktoś siedzi i bawi się pełną butelką zamiast pić, zaczynam się denerwować.
— Przepraszam, Kapitanie. Nie chciałem pana denerwować — Tennyson uniósł butelkę, pociągnął potężny łyk i opuścił ją.
— Wyborne — zachwycił się. — Cóż to takiego?
— To mikstura nazywana Szkocką. Pierwszy raz zrobiono ją na Matce Ziemi.
— Na Starej Ziemi?
— Dokładnie tak — przytaknął kapitan. — Rodzinnej planecie ludzi.
— Bardzo jestem ciekaw, jak wygląda Stara Ziemia. Był pan tam kiedykolwiek?
Kapitan skinął głową.
— Niewielu z nas postawiło nogę na jej świętej ziemi. Jesteśmy rozsiani po kosmosie i tylko nieliczni odważają się ponownie wybrać się tam, gdzie wszyscy pragniemy pewnego dnia wrócić.
— Tak to jest — mruknął Tennyson i ponownie pociągnął łyk z butelki.
— Ale wracając do naszych spraw — zreflektował się kapitan. — Obawiam się, że nie mam dla pana miejsca. Nieliczne, znajdujące się na tym statku kabiny są przepełnione. Nawet moje pokoje zostały wynajęte hordzie łuskowatych obrzydliwców pielgrzymujących na Koniec Wszechświata. Przed końcem podróży będę musiał zdezynfekować wszystkie pomieszczenia, zanim wprowadzę się do nich z powrotem, a i tak zapewne upłyną lata, zanim pozbędę się smrodu, jaki pozostanie po nich.
