Tak, Decker. Nasza przyjaźń dojrzała. Nie musimy już więcej grać. Taki był porządek rzeczy. Być może zachowałem się głupio narzucając ci ten rytuał, ale tego właśnie wymagała nasza przyjaźń.

Rytuał? Zwariowałeś, Szeptaczu.

Rytuał, którego nie poznałeś, nie zrozumiałeś, a mimo to grałeś ze mną. Nie zawsze robiłeś to z ochotą, nie zawsze wprawiało cię to w dobry humor. Często przeklinałeś mnie, wściekałeś się i byłeś żądny mojej krwi, ale jednak grałeś ze mną. A teraz, kiedy rytuał został zakończony, możemy razem iść do domu.

Po moim trupie! Nie będziesz mi się pętał po mieszkaniu.

Nie będę się pętał. Zajmę mało miejsca. Mógłbym po prostu wcisnąć się w jakiś kąt. Nawet byś mnie nie zauważył. Tak bardzo potrzebuję przyjaciela, ale muszę wybrać go starannie. Musimy do siebie pasować.

Szeptaczu, odparł Decker, tracisz czas. Nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi, ale tracisz czas.

Moglibyśmy być dla siebie mili. Szlifowałbym twoje kamienie, rozmawiałbym z tobą w samotne noce i siedziałbym z tobą przed kominkiem. Mamy sobie do opowiedzenia tyle ciekawych historii. A ty, być może mógłbyś mi pomóc z Watykanem.

Z Watykanem?! oburzył się Decker. Co do cholery masz wspólnego z Watykanem?

Rozdział I

Uciekając Jason Tennyson dotarł do stromego pasma górskiego leżącego na zachód od Gutshot. Gdy tylko dojrzał światła miasta, nacisnął przycisk katapulty i poczuł, że podrywa go w górę siła, której się nie spodziewał. Na moment ogarnęła go ciemność, lecz już po chwili, kiedy obrócił się, ponownie ujrzał miasto. Wydawało mu się, że zauważył przelatującą lotnię, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Lotnia kontynuowała swój lot nad Gutshot, lekko obniżając pułap nad oceanem otaczającym małe miasteczko i port kosmiczny od strony przeciwnej niż góry.



4 из 341