
Tempo spadania zmniejszało się, lecz w pewnej chwili, gdy spadochron otworzył się całkowicie, Tennyson wyrzucony został w bok i zaczął się huśtać wychylając daleko na boki. Wpadł w komin wznoszącego się powietrza i poczuł, że spadochron spychany jest w kierunku majaczących w oddali szczytów, a kołysanie ustaje. Po chwili jednak wyrwał się i zaczął powoli opadać w dół. Zwisając na końcach lin próbował zgadnąć, gdzie wyląduje. Wyglądało na to, że będzie to południowy kraniec portu kosmicznego. Wstrzymał oddech i zacisnął kciuki. Przesunął ręce między linkami spadochronu i chwycił torbę lekarską, przyciągając ją do klatki piersiowej. Oby tak dalej, modlił się. Oby tylko tak dalej. Jak dotąd szło mu nadspodziewanie dobrze. Przez cały czas ucieczki udawało mu się utrzymywać lotnię na małej wysokości. Mknął przez noc, omijając bazy, których radary przeszukiwały niebo. W tych pełnych nienawiści czasach rywalizujących ze sobą lenn utrzymywano stałą kontrolę przestrzeni powietrznej. Nikt nie wiedział kiedy i z której strony nadejdą pikujący w ataku wojownicy.
Spoglądając w dół, próbował ocenić odległość od ziemi, ale panujące ciemności sprawiały, że nie mógł nic dojrzeć. Czuł, że jest spięty, więc postanowił się odprężyć. Kiedy spadnie, powinien być rozluźniony.
Skupisko świateł miasta znajdowało się w niewielkiej odległości na północ. Błyszcząca plama portu kosmicznego leżała na wprost, tuż przed nim. W pewnym momencie światła portu znikły i Tennyson na uginających się nogach opadł wreszcie na ziemię. Rzucił się w bok, przyciskając do siebie torbę. Spadochron opadł tuż koło niego i Tennyson próbował teraz wyswobodzić się z plątaniny linek i sznurów.
