
Drzwi windy się rozsunęły i Joanna ruszyła do pokoju pielęgniarek. Nie zastała tam Pauli. Przy komputerze siedziała nieznajoma pielęgniarka z blond włosami i wąskimi, kościstymi biodrami.
— Gdzie Paula? — spytała Joanna.
— Na zwolnieniu — wyjaśniła ostrożnie chuda jak patyk pielęgniarka. — W czym mogę pani pomóc, doktor… — zerknęła na identyfikator, wiszący na szyi Joanny — …Lander?
Proszenie jej o coś do jedzenia nie miało sensu. Wyglądała tak, jakby nigdy w życiu nie włożyła do ust m m’sa, a ze spojrzenia, jakim obdarzyła Joannę, można było wywnioskować, że najchętniej nie pozwoliłaby jej zjeść nawet jednego dropsa.
— W niczym, dziękuję — odparła chłodno Joanna i spostrzegła, że wciąż trzyma tacę z bufetu. Najwyraźniej cały czas miała ją w rękach w windzie i nie zdawała sobie z tego sprawy.
— To musi wrócić do kuchni — przykazała zwięźle i wręczyła tacę pielęgniarce. — Przyszłam zobaczyć się z Carlem… z panem Aspinallem — wyjaśniła i skierowała się do pokoju.
Drzwi były otwarte, a przy brzegu łóżka stała Guadalupe. Zawieszała torbę na stojaku do kroplówek. Krzesło zazwyczaj zajmowane przez żonę Carla stało puste.
— Jak się dzisiaj miewa? — szepnęła Joanna, zbliżając się do łóżka.
— Znacznie lepiej — obwieściła radośnie Guadalupe i dodała szeptem: — Wróciła gorączka.
Zdjęła z haka pustą torbę i podeszła z nią do okna.
— Ciemno tutaj — stwierdziła. — Carl, wpuścić ci trochę światła?
Rozsunęła zasłony.
Vielle miała rację. Prószył śnieg. Wielkie płatki sfruwały z ołowianoszarego nieba.
— Pada śnieg, wiesz, Carl? — powiedziała Guadalupe.
Nie, pomyślała Joanna, wpatrując się w mężczyznę na łóżku. Jego otępiała twarz, skryta za przewodami z tlenem, wydawała się blada i pozbawiona wyrazu w szarym świetle dnia, spod na wpół przymkniętych powiek wyglądały wąskie paski białka, a usta były częściowo rozchylone.
