— Na dworze pewnie jest zimno — stwierdziła Guadalupe, podchodząc do komputera. — Śnieg pewnie już zalega na ulicach?

Joanna dopiero po chwili zorientowała się, że pielęgniarka mówi do niej, a nie do Carla.

— Nie wiem — odparła, tłumiąc w sobie chęć mówienia szeptem, aby nie przeszkadzać pacjentowi. — Przyszłam do pracy, zanim zaczęło padać.

Guadalupe klikała na ikonki na ekranie monitora, wprowadzając informacje o temperaturze Carla i podłączeniu nowej torby do kroplówki.

— Powiedział coś od rana? — zainteresowała się Joanna.

— Ani słowa — brzmiała odpowiedź. — Zdaje się, że znowu pływa łódką po jeziorze. Wcześniej mruczał.

— Mruczał? — powtórzyła Joanna. — Może to pani opisać?

— No zwyczajnie, mruczał — wyjaśniła pielęgniarka. Podeszła do łóżka i podciągnęła koc, zasłaniając klatkę piersiową mężczyzny i jego obandażowaną rękę oraz odchodzący od niej przewód. — Brzmiało jak melodia, ale nie udało mi się jej rozpoznać. No proszę, teraz będzie ci ciepło i przyjemnie — oznajmiła i skierowała się w stronę drzwi z pustą torebką w dłoni. — Masz szczęście, Carl, że jesteś tutaj, a nie tam, na śniegu — dodała i wyszła.

Tylko że jego tutaj nie ma, pomyślała Joanna.

— Gdzie jesteś, Carl? — spytała. — Pływasz łódką po jeziorze?

Pływanie łódką po jeziorze było jednym ze scenariuszy wymyślonych przez pielęgniarki na podstawie zachowania pacjenta. Poruszał rękami, jakby wiosłował, a kiedy to robił, zawsze był spokojny i nie krzyczał — właśnie dlatego uznały, że zajmuje się czymś przyjemnym.

Scenariuszy istniało kilka: marsz śmierci na półwyspie Bataan, kiedy nieprzerwanie krzyczał: „Wody!”; bieg do autobusu; a także coś, co każda pielęgniarka nazywała inaczej — palenie na stosie, pułapka Wietkongu, męki piekielne — wtedy ciskał się po łóżku w pomiętej pościeli i wyrywał sobie kroplówkę. Raz podbił Guadalupe oko, kiedy usiłowała go unieruchomić. „Zniszczyć”, wrzeszczał raz za razem, a może też było to słowo „zniżyć!” albo „zmiażdżyć”. Raz krzyknął w panice: „Przeciąć węzeł”.



13 из 856