
Zdała sobie sprawę, że słyszy stłumiony dźwięk. Zatopiła wzrok w Carlu, lecz nie zauważyła, aby się poruszył, a jego usta wciąż były na wpół otwarte. Zerknęła na monitory, lecz dźwięk dobiegał od strony łóżka. „Możesz go opisać?”, pomyślała machinalnie. Głęboki, równy odgłos, podobny do brzmienia rogu mgłowego, przerywany długimi pauzami, a po każdej z nich następowała nieznaczna zmiana tonu.
Mruczy, pomyślała. Wygrzebała dyktafon i uruchomiła nagrywanie, zbliżając urządzenie do ust chorego.
— Nmnmnmnm — zahuczał, a potem wydał z siebie nieco niższe i krótsze „nmnm”, zrobił przerwę, aby nabrać powietrza, i powtórzył: „nmnmnm”, jeszcze bardziej obniżając głos. Bez wątpienia była to melodia, chociaż również nie potrafiła jej rozpoznać — robił zbyt długie przerwy między dźwiękami. Z całą pewnością jednak mruczał.
Śpiewał gdzieś na słonecznym jeziorze, przy akompaniamencie ukelele, na którym grała jakaś ładna dziewczyna? A może mruczał przy wtórze anielskiego chóru pani Davenport, stojąc w ciepłym, rozlanym świetle na końcu tunelu? Albo też znalazł się gdzieś w ciemności lub w wietnamskiej dżungli, mrucząc do siebie, aby trzymać swoje lęki na dystans?
Niespodziewanie rozległo się piszczenie pagera.
— Przepraszam — stęknęła Joanna, w panice usiłując wyłączyć urządzenie wolną dłonią. — Przepraszam.
Lecz Carl cały czas nieprzerwanie mruczał, nmnm, nmnm, nmnm, nmnm, nm, nm. Nieświadomy. Nieosiągalny.
Na pagerze pojawił się numer oddziału nagłych wypadków.
— Przepraszam — po raz trzeci powtórzyła Joanna i wyłączyła dyktafon. — Muszę iść. — Poklepała rękę pacjenta, leżącą nieruchomo u jego boku. — Niedługo do ciebie wrócę — dodała i skierowała się prosto na oddział nagłych wypadków.
