
Ponieważ o sprawie najważniejszej zabronił sobie myśleć, zaczął wspominać, jak to oni z Peterem i gajowym Adolfem łowili zwierzynę. Polowali gołymi rękami, chytrość przeciw chytrości, rozum przeciw instynktowi, siła przeciwko sile. Trzy doby bez przerwy gnać jelenia przez wiatrołomy, dopędzić, chwycić za rogi i powalić na ziemię… Jeleni tu zresztą pewnie nie ma, ale nie było wątpliwości, że tutejsza dziczyzna jest jadalna: wystarczyło się zamyślić, odprężyć, a już komarzyska zaczynały kąsać jak wściekłe… To znaczy, że na tej planecie śmierć głodowa nie grozi. Nieźle byłoby zabłądzić i spędzić ze dwa latka na włóczędze po lasach. Poszukałby sobie człowiek kolegi — jakiegoś wilka albo innego niedźwiedzia — chodziłby sobie z nim na łowy, rozmawiał… W końcu by się to naturalnie znudziło, zresztą nie wygląda wcale na to, aby po tutejszych lasach można było z przyjemnością wędrować: tak wiele żelastwa poniewiera się dokoła, że aż nie ma czym oddychać… No i oczywiście trzeba najpierw zmontować nadajnik zeroprzestrzenny…
Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Gdzieś w głębi chaszczy rozległ się monotonny głuchy łoskot. Maksym uprzytomnił sobie, że już dawno słyszał ten hałas, ale dopiero teraz zwrócił nań uwagę. To nie było zwierzę ani wodospad, to był mechanizm, jakaś barbarzyńska maszyna. Machina chrypiała, porykiwała, zgrzytała metalem i rozsiewała nieprzyjemne, rdzawe wonie. I się zbliżała.
Maksym pochylił się i wzdłuż pobocza bezszelestnie pobiegł jej naprzeciw. Nagle gwałtownie się zatrzymał. Z rozpędu o mało nie wskoczył na skrzyżowanie. Drogę pod kątem prostym przecinała inna szosa. Bardzo brudna, przeorana obskurnymi koleinami, pokryta sterczącymi odłamkami betonowej nawierzchni i bardzo, ale to bardzo radioaktywna. Maksym przykucnął i spojrzał w lewo. Łoskot silnika i metaliczne zgrzyty dobiegały stamtąd. Grunt pod nogami zaczął wibrować. Maszyna się zbliżała.
Chwilę później pokazała się.