Naturalna osłona ściany kiosku i kratownicy podtrzymującej reklamę okazała się niestety iluzoryczna. Zdawało mu się, że ledwie położył głowę na zgiętym ramieniu sąsiada, gdy poczuł mocne uderzenie.

– Pobudka!

Dwóch policjantów końcami długich pałek szturchało leżących.

– Jazda! Jazda stąd!

Fargo wstał z trudem, krztusząc się przy każdym oddechu. Ból przenikający całe ciało jak na złość kumulował się w piekących oczach. Zgięty wpół, dotarł jako pierwszy do ruchomych schodów, które wyniosły go wprost do głównej hali podziemnego dworca, i spróbował szczęścia jeszcze raz. Po cichu, tłumiąc ataki suchego kaszlu, podszedł do drzwi toalet. Szansa była niewielka. Zbliżył się do tafli nieprzezroczystego szkła. Nikt z obsługi nie zareagował. Choć zakrawało to na cud, chyba go nie zauważyli. Na palcach wszedł do środka i zatoczył się w kierunku kabin. Otworzył jedną i z ulgą usiadł na zamkniętym sedesie, lecz nie zdążył nawet zabezpieczyć drzwi, kiedy na zewnątrz usłyszał kroki.

– Hej, ty!

Głos kobiety nie zawierał ani złości, ani agresji, ani nawet cienia zainteresowania. Był po prostu zmęczony.

– Idź umierać gdzie indziej.

Zrezygnowany, zapiął swój podszyty gazetami płaszcz i otworzył drzwi. Nie podniósł nawet głowy, żeby na nią spojrzeć. Kolejny człowiek wykonujący swoje obowiązki. Postawił kołnierz, przemierzył hol i wyszedł w objęcia mrocznej ulicy. Być może panujący tu chłód dla normalnego obywatela stanowił miłe urozmaicenie po upalnym dniu. Jednakże dla wycieńczonego głodem organizmu te kilka stopni powyżej zera zdawało się niemal arktycznym mrozem, przy którym drętwiały palce, słabły ramiona, a każdy oddech kończył się kłuciem w obolałych płucach. Taka temperatura powodowała jeszcze inną dolegliwość. Pusty, skurczony do granic żołądek coraz dokuczliwiej przypominał, że trawienie własnych soków nie jest jego podstawową funkcją.

Fargo skręcił za róg rozświetlonej setkami neonów ulicy, ginąc w labiryncie dawno opuszczonych, zdewastowanych kamienic, warsztatów i garaży z czerwonej cegły.



2 из 187