Szedł długo, ale w końcu dotarł do celu. Dysząc z wysiłku, przecisnął się przez dziurę w płocie, by przedostać się na teren dawno zamkniętej fabryki, i przykucnął przy pogiętej, pordzewiałej beczce, w której wciąż płonął wątły ogień. Otaczający ją ludzie, podobnie jak on, walczyli z sennością, zdając sobie sprawę, że przy panującej wilgoci ciepło płomieni jest iluzoryczne i nie ogrzeje nieruchomego człowieka.

– Boli… – szepnął mężczyzna w rozdartej marynarskiej kurtce, oparty o stos pustych palet. – Boli…

– Pobili cię? – spytał Fargo tylko dlatego, że chciał wymazać ze świadomości wspomnienie kuszącego ciepła dworca.

Siwy marynarz skinął powoli głową.

– Złodzieje…

– Złodzieje? Ciebie? – odezwał się ktoś z boku. – Niby po co?

– Nie wiem. Pobili… – zapytany wygiął się, jakby w ten sposób mógł uniknąć paraliżującego bólu. – Ludzie, ja umieram…

– Gdzie cię dopadli?

Fargo zauważył obok brudną, niezbyt ładną dziewczynę, na którą zwrócił uwagę już poprzedniego dnia. Przysunął się do niej.

– Zimno ci?

Było to idiotyczne pytanie, ale jego wymęczony mózg od dawna nie działał jak należy. Długie, przetłuszczone włosy opadły na twarz dziewczyny, kiedy przysuwała się bliżej.

– Masz coś do jedzenia?

Ona też nie była w najlepszej formie.

– Może… – przełknął ślinę -…może czegoś poszukamy? – zaproponował.

Już wypowiadając te słowa, pożałował swego pomysłu, a kiedy dziewczyna skwapliwie pokiwała głową, poczuł złość. Środek nocy nie był dobrą porą na szukanie czegokolwiek, zaś widok rozbawionego miasta, pełnego barów, klubów i restauracji sprawiał niemal fizyczny ból ludziom takim jak oni. Beztroskie dźwięki zabawy, współzawodniczące ze sobą zapachy wykwintnego jedzenia oraz pełni luzu i pewności siebie bywalcy tych miejsc – wszystko to stanowiło esencję koszmarów, które nękały bezdomnych.



3 из 187