
– Boli… – szepnął mężczyzna w rozdartej marynarskiej kurtce, oparty o stos pustych palet. – Boli…
– Pobili cię? – spytał Fargo tylko dlatego, że chciał wymazać ze świadomości wspomnienie kuszącego ciepła dworca.
Siwy marynarz skinął powoli głową.
– Złodzieje…
– Złodzieje? Ciebie? – odezwał się ktoś z boku. – Niby po co?
– Nie wiem. Pobili… – zapytany wygiął się, jakby w ten sposób mógł uniknąć paraliżującego bólu. – Ludzie, ja umieram…
– Gdzie cię dopadli?
Fargo zauważył obok brudną, niezbyt ładną dziewczynę, na którą zwrócił uwagę już poprzedniego dnia. Przysunął się do niej.
– Zimno ci?
Było to idiotyczne pytanie, ale jego wymęczony mózg od dawna nie działał jak należy. Długie, przetłuszczone włosy opadły na twarz dziewczyny, kiedy przysuwała się bliżej.
– Masz coś do jedzenia?
Ona też nie była w najlepszej formie.
– Może… – przełknął ślinę -…może czegoś poszukamy? – zaproponował.
Już wypowiadając te słowa, pożałował swego pomysłu, a kiedy dziewczyna skwapliwie pokiwała głową, poczuł złość. Środek nocy nie był dobrą porą na szukanie czegokolwiek, zaś widok rozbawionego miasta, pełnego barów, klubów i restauracji sprawiał niemal fizyczny ból ludziom takim jak oni. Beztroskie dźwięki zabawy, współzawodniczące ze sobą zapachy wykwintnego jedzenia oraz pełni luzu i pewności siebie bywalcy tych miejsc – wszystko to stanowiło esencję koszmarów, które nękały bezdomnych.
