
Miał przed oczami miasto ze swego dzieciństwa ze szczytowego okresu belle epoąue. Imponujące złote budowle odchodziły w dal jak rzeźbione obłoki kipiące powietrznym ruchem. Poniżej zachwycające tarasy parków i ogrodów schodziły ku zielonkawej mgle bujnej roślinności i światłu, kilometry pod balkonem, na którym stali.
— Czy to nie wspaniałe odwiedzić stare kąty? — powiedział Cal. — I myśleć, że mogły do nas należeć… w zasięgu naszego klanu… kto wie, jak by to wpłynęło na bieg wydarzeń, gdybyśmy rządzili miastem?
Janeąuin oparł się o barierkę.
— Pięknie, Calvin, ale ja tu nie przyszedłem na wycieczkę. Dan, co zamierzałeś mi powiedzieć, zanim…
— …tak niegrzecznie nam przerwano? — dokończył Sylveste. — Miałem powiedzieć Calowi, by wyciągnął dane grawitometryczne z biurka, ponieważ, jak widać, potrafił czytać moje prywatne pliki.
— Naprawdę nie ma w tym nic nadzwyczajnego dla osoby o mojej pozycji — stwierdził Cal. Przez chwilę pobierał brązowawy obraz zakopanego obiektu — przed nimi, za barierką tarasu, zawisnął obelisk chyba naturalnej wielkości.
— O, bardzo interesujące — zauważył Janeąuin. — Naprawdę, bardzo interesujące.
— Niezłe — potwierdził Cal.
— Niezłe? — Sylveste był zdziwiony. — Jest większy i lepiej zachowany od wszystkich szczątków, jakie dotychczas znaleźliśmy. I to o rząd wielkości. To dowód, że mamy do czynienia z bardziej zaawansowaną fazą techniki Amarantinów… może nawet fazą poprzedzającą pełną rewolucję przemysłową.
— Przypuszczam, że to bardzo znaczące znalezisko — powiedział Cal zrzędliwie. — A ty… masz zamiar to odkopać?
— Tak, jeszcze niedawno zamierzałem to zrobić. — Sylveste zamilkł na chwilę. — Ale właśnie coś się wydarzyło. Zostałem… dowiedziałem się, że Girardieau chyba planuje jakiś wrogi ruch, i to znacznie wcześniej, niż się obawiałem.
