
— Proszę pana, słyszeliśmy, że trzeba porzucić wykopalisko.
— A czemuż to miałbym je porzucać?
— Z powodu burzy.
— Do diabła z burzą. — Dość oschle wyszarpnął się, gdy Pascale ujęła go za rękę.
— Dan, mają powody do niepokoju. — Mówiła cicho, tylko do niego. — Ja też słyszałam prognozę. Powinniśmy wracać do Mantell.
— I stracić to wszystko?
— Wrócimy tu.
— Może się okazać, że już nigdy nie odnajdziemy tego miejsca, nawet jeśli zakopiemy transponder. — Wiedział, że ma rację: lokalizacja wykopaliska była niepewna, mapy tego rejonu nie grzeszyły dokładnością. Zestawiono je w pośpiechu, gdy przed czterdziestu laty „Lorean” przyleciał z Yellowstone i okrążył planetę. Od czasu buntu, kiedy to zniszczono pas satelitów — a połowa kolonistów postanowiła ukraść statek i wracać do domu — nie istniał sposób dokładnego określenia położenia czegoś na Resurgamie. A wiele transponderów po prostu psuło się podczas burzy maczetowej.
— Mimo to nie warto ryzykować ludzkiego życia — stwierdziła Pascale.
— Może być warte znacznie więcej. — Pstryknął na studenta. — Szybciej. Jeśli trzeba, użyjcie serwitorów. Przed świtem chcę zobaczyć szczyt obelisku.
Sluka, jego doktorantka, mamrotała coś pod nosem.
— Jakiś komentarz? — spytał Sylveste.
Sluka wstała chyba po raz pierwszy od wielu godzin. Widział w jej oczach zmęczenie. Z dłoni dziewczyny wysunęła się szpatułka i upadła przy butach ochronnych, które Sluka miała na nogach. Zerwała z twarzy maskę, oddychała kilka sekund resurgamskim powietrzem.
— Musimy porozmawiać.
— A o czym, Sluko?
Nim się odezwała, zaczerpnęła powietrza z maski.
— Igrasz z losem, doktorze Sylveste.
— A ty igrasz na skraju przepaści.
Wydawało się, że go nie dosłyszała.
— Zrozum, twoja praca jest dla nas ważna. Podzielamy twoje nadzieje. Dlatego zginamy tu karki. Ale nie powinieneś uważać, że tak będzie stale i że nie musisz o nas zabiegać. — Spojrzała na Pascale i jej oczy błysnęły białymi łukami. — Teraz potrzebujesz wszelkich sprzymierzeńców, doktorze.
