
— Czy mam to rozumieć jako groźbę?
— Stwierdzenie faktu. Jeśli zwracałbyś większą uwagę na to, co dzieje się w innych miejscach kolonii, wiedziałbyś, że Girardieau planuje ruch przeciw tobie. Krążą pogłoski, że ten ruch nastąpi szybciej, niż się spodziewasz.
Poczuł mrowienie na karku.
— O czym mówisz? Co to znaczy?
— A o czymże? O zamachu! — Sluka przepchnęła się obok niego, by wejść po drabinie przy ścianie studni. Gdy postawiła stopę na pierwszym szczeblu, odwróciła się i powiedziała do dwóch studentów w skupieniu odkopujących obelisk: — Pracujcie tak długo, jak chcecie, tylko nie mówcie potem, że nikt was nie ostrzegł. A jeśli macie wątpliwości, jak to jest, gdy zostanie się złapanym przez burzę maczetową, przyjrzyjcie się Sylveste’owi.
Jeden ze studentów podniósł nieśmiało wzrok.
— Dokąd idziesz, Sluko?
— Porozmawiać z innymi grupami. Może nie wszyscy wiedzą o tym ostrzeżeniu. Gdy je usłyszą, niewielu zechce tu pozostać.
Zaczęła się wspinać, ale Sylveste pochwycił ją za obcas. Spojrzała w dół. Założyła teraz maskę, ale mimo to Sylveste widział wyraz pogardy na jej twarzy.
— Jesteś skończona, Sluko.
— Nie. — W dalszym ciągu się wspinała. — Dopiero zaczynam. Na twoim miejscu martwiłabym się o siebie.
Sylveste przeanalizował stan swego ducha i przekonał się, że jest zupełnie spokojny. Tego najmniej się spodziewał. Był to jednak spokój, jaki panuje w oceanach metalicznego wodoru wielkich planet gazowych daleko od Delty — spokój utrzymywany tylko dzięki miażdżącemu ciśnieniu z dołu i z góry.
— Co teraz? — spytała Pascale.
— Muszę z kimś porozmawiać — odparł.
Sylveste wszedł po rampie do swojego pełzacza. Druga maszyna była zapchana pudłami ze sprzętem i pojemnikami z zebranym materiałem; hamaki studentów wciśnięto w małe nisze wolnej przestrzeni.
