

Margit Sandemo
Przewoźnik
SAGA O LUDZIACH LODU
Tom XXXI
ROZDZIAŁ I
Taki długi… długi… sen.
Głęboko pod powierzchnią ziemi, na Południu, z dala od siedzib Ludzi Lodu w Skandynawii, Tengel Zły otwierał prastare oczy.
Robił to bardzo powoli; uniesienie powiek, ciężkich ze starości i pokrytych szarym pyłem, kosztowało go ogromnie wiele trudu.
Wreszcie ostatnim wysiłkiem woli zdołał je podnieść. Żółte szpary oczu widziały jedynie otaczającą je ciemność. Ale Tengel Zły nie był zależny od światła. I tak potrafił widzieć. Daleko, dużo dalej, niżby się mogło zdawać.
Jego wielosetletni sen nie trwał ciągle, nie był też nieustannie jednakowo głęboki. Czasami coś go zakłócało. Zdarzało się, że któryś z jego przodków próbował odnaleźć naczynie z wodą, zakopane w Dolinie Ludzi Lodu. Tengel Zły musiał wtedy koncentrować całą swą moc w obronie skarbu. Nie mógł się poruszyć, a sen sprawiał, że i mózg miał ociężały, tak więc jego śmiercionośna moc nie działała z pełną siłą. Mimo to jednak był w stanie przenosić swój obraz tam, w tamto miejsce, by odstraszał śmiałków. Wielokrotnie wytwór jego myśli ukazywał się intruzom, którzy mieli czelność naruszyć jego teren.
Najwięcej wysiłku kosztowali go to wówczas, gdy przybyli tam Heike i Tula. Heike, jeden z najpotężniejszych potomków rodu, jeden z tych, którzy ośmielili się zwrócić przeciw niemu, Tengelowi Złemu, groził mu zaklęciami z zamierzchłej przeszłości Ludzi Lodu. Były to niezwykle trudne chwile, jego siła została wystawiona naprawdę na ciężką próbę. A jeszcze gorzej było kiedy Tula, ta przeklęta dziewczyna, napuściła na niego cztery demony.
Koszmarne wspomnienie!
Po tym zdarzeniu Tengel Zły na długo musiał pogrążyć się we śnie, by na powrót zebrać siły.
