
Przebył nieco więcej niż połowę drogi, gdy nagle stanął jak wryty. Ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w ujście rzeki. Wysilał oczy, aż zakręciły się w nich łzy, bo mgła bardzo już zgęstniała.
Czyżby tu byli jacyś ludzie?
Wszystko wydawało się takie ciche, spokojne, jakby wymarłe. A jednak wśród roztańczonych mlecznobiałych welonów mgły dostrzegł jakiś ruch.
Serce zaczęło bić mocniej, szybciej. Ten dźwięk? Rytmiczne uderzenia i plusk…
Na miłość boską, to łódź! A na niej, na rufie, jakiś człowiek, powoli ruszający wiosłem! Przewoźnik?
Nie widział wyraźnie. I łódź, i człowiek byli zaledwie ciemniejszymi cieniami we mgle. Nie odróżniał nawet wieżyczki na kościele.
Ale skrzypienie i rytmiczne uderzenia wiosła o rufę słyszał na pewno.
Świetnie, przeprawi się więc na drugi brzeg.
Pospiesznie ruszył naprzód. Zawołał: „ahoj”, zapominając o wszystkich mrożących krew w żyłach opowieściach o Fergeoset, jakie słyszał. Przeprawi się na drugą stronę suchą nogą, wyjdzie to na dobre i jemu, i plecakowi.
Dopiero gdy był już niemal na samym brzegu, uderzyła go pewna myśl.
Opustoszała, wyludniona wioska…
„Przewoźnik”? Ale czy nie przed tym właśnie wszystkie sagi…
Nie poruszył się już dalej ani o krok. Z niedowierzaniem patrzył przed siebie, krzyknął głośno: „nie!”, i umilkł.
Daleko stamtąd, w południowej części Norwegii, pewien rybak wyprawił się wczesnym rankiem na wodę, by wyciągnąć zastawione sieci. Z radością w sercu wsłuchiwał się w krzyk wodnego ptactwa, echem niosący się wśród ciszy poranka, w dźwięk wioseł, które zanurzały się z miękkim pluśnięciem, by po chwili wysunąć się nad powierzchnię, porywając za sobą w górę połyskujące w słońcu jak kryształ krople wody.
To była najprzyjemniejsza pora dnia. Nie musiał myśleć o głodnych zwierzętach w oborze ani o pieniądzach, których nigdy nie starczało dla tak licznej rodziny. Tu mógł poczuć się wolny. Dlatego też nigdy nie chciał zabierać do łodzi pomocnika, choć wówczas na pewno byłoby mu łatwiej. Ale przecież sam poradzi sobie z sieciami!
