
Przestąpił z nogi na nogę.
– Wyglądasz świetnie, Rosie. Szkoda, że najważniejsi pasażerowie, których wozisz, nie mogą zachwycać się twoją urodą.
Uwaga ta oczywiście dotyczyła faktu, że Rosita czasami siadywała za kierownicą karawanu w kondukcie pogrzebowym.
– Zabawny jesteś, Petey. No to tymczasem. – Zaczęła podnosić szybę, lecz powstrzymała ją jego dłoń.
– Hej, tu, na dworze, można zamarznąć. Mogę wsiąść do samochodu? Muszę cię o coś zapytać.
– Petey, pan Reilly będzie tu lada chwila.
– Mnie też zajmie to tylko chwilę – zapewnił Petey.
Rosita niechętnie odblokowała zamek otwierający wszystkie drzwi. Oczekiwała, że mężczyzna obejdzie samochód dookoła i zajmie miejsce obok niej na przednim siedzeniu. Tymczasem Petey w mgnieniu oka otworzył tylne drzwi wozu i wślizgnął się do środka.
Wielce zirytowana takim zachowaniem intruza, odwróciła głowę, aby znaleźć się twarzą w twarz z mężczyzną siedzącym w tyle limuzyny, której zaciemnione z tamtej strony okna zasłaniały każdego przed spojrzeniem z zewnątrz. Widok, który ujrzała, zaszokował ją. Przez moment myślała, że to żart. To, co Petey trzymał w ręku, z pewnością przecież nie mogło być rewolwerem?
– Nikomu nie stanie się nic złego, jeżeli będziesz robiła, co ci powiem – rzekł Petey uspokajająco. – Zachowuj miłą, spokojną minę na swej ładnej buźce aż do czasu, kiedy król sztywnych znajdzie się w samochodzie.
Znużony i zatroskany Luke Reilly wyszedł z windy i przemierzył krótki odcinek do szpitalnych drzwi wejściowych. Ledwie zauważył, że hol jest świątecznie przystrojony. Był zimny i mokry poranek, więc wyszedłszy na zewnątrz, z zadowoleniem stwierdził, iż jego limuzyna czeka tuż przy końcu podjazdu. Długie nogi Luke’a sprawiły, że w kilku susach znalazł się przy samochodzie. Zapukał w okno od strony pasażera i w chwilę później otworzył tylne drzwi. Gdy już był w środku, zatrzasnął je, zanim zdał sobie sprawę, że nie jest na tylnym siedzeniu sam.
