
– Nigdy zbyt wiele ozdób na choince – skonstatowała na głos.
Jeszcze trzy dni do świąt, myślała dwudziestosześcioletnia Rosita Gonzalez, czekająca na Luke’a za kierownicą jednej z limuzyn, należących do przedsiębiorstwa Dom Pogrzebowy Reilly’ego. Samochód stał przed wejściem do szpitala przy Siedemdziesiątej Pierwszej. Dokonywała w myślach przeglądu prezentów kupionych dla swoich synków – pięcioletniego Bobby’ego i sześcioletniego Chrisa. Chyba o niczym nie zapomniałam, upewniała się w duchu. Bardzo pragnęła, żeby mieli jak najmilsze święta. Tak wiele się zmieniło w ciągu ostatniego półtora roku. Ojciec chłopców ich opuścił, choć nie była to żadna strata, a jej schorowana matka przeprowadziła się z powrotem do Puerto Rico. Teraz obaj malcy trzymali się kurczowo Rosity, jakby w obawie, że i ona także gdzieś zniknie.
Moje małe chłopaczki, pomyślała w przypływie czułości. Poprzedniego wieczoru poszli we troje kupić choinkę i dzisiaj po kolacji zamierzali ją ubrać. Następne trzy dni miała wolne, a pan Reilly dał jej z okazji świąt wysoką gratyfikację.
Rosita spojrzała w lusterko wsteczne i poprawiła czapkę kierowcy na kaskadzie czarnych, kręconych włosów. Ta praca w przedsiębiorstwie pogrzebowym to był naprawdę uśmiech losu, rozmyślała. Rozpoczęła ją w niepełnym wymiarze godzin w biurze, lecz gdy Luke dowiedział się. jaki z niej świetny kierowca, zaproponował:
– Rosito, jeżeli chcesz, możesz dorabiać jako szofer.
