
— Jak się czujemy? — zapytał.
Gag oparł dłonie o łóżko, zgiął nogi w kolanach i z łatwością przeniósł stopy do wezgłowia.
— Normalnie… — powiedział ze zdumieniem.
Nie był niczym przykryty, nawet prześcieradłem. Spojrzał na swoje nogi, na znajomą bliznę nad kolanem, dotknął klatki piersiowej i od razu namacał to, czego przedtem nie było — dwa wgłębienia pod prawym sutkiem.
— Oho! — wyrwało się mu.
— I jeszcze jedna w boku — poinformował go poczciwiec w białym fartuchu. — Wyżej, wyżej…
Gag wymacał bliznę na prawym boku. Potem szybko obejrzał nagie ręce.
— Chwileczkę… — wymamrotał. — Przecież ja się paliłem…
— I to jak jeszcze! — zawołał rumiany i pokazał rękami jak. Wynikało z tego, że Gag buzował jak beczka z benzyną.
Kościsty w swetrze milczał, obserwował Gaga i było w jego spojrzeniu coś takiego, że Gag zebrał się w sobie i powiedział:
— Jestem panu wdzięczny, doktorze. Czy długo byłem nieprzytomny?
Rumiany nie wiadomo dlaczego przestał się uśmiechać.
— A jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? — zapytał nieomal przymilnie.
Gag zmarszczył czoło.
— Zniszczyłem… Nie! Paliłem się. Chyba miotacz ognia. I pobiegłem szukać wody… — zamilkł i ponownie dotknął blizn na piersi. — I zapewne w tym momencie postrzelono mnie… — powiedział bez przekonania. — Potem… — zamilkł i spojrzał na kościstego. — Zatrzymaliśmy ich? Tak?… Gdzie ja jestem? W jakim szpitalu?
Jednakże kościsty nie odpowiedział, tylko znowu odezwał się rumiany.
— Jak by ci tu powiedzieć… — z niejakim zakłopotaniem mocno potarł swoje okrągłe kolano. — A ty sam jak myślisz?
— Proszę mi wybaczyć… — powiedział Gag i spuścił nogi z łóżka. — Czyżby minęło tak wiele czasu? Pół roku? Rok? Chcę usłyszeć prawdę — zażądał.
