— Ubieraj się — rozkazał ponownie.

Gag ostrożnie obejrzał paczkę ze wszystkich stron. Opakowanie było przezroczyste, aksamitne w dotyku, a w środku leżało coś niezmiernie miękkiego, czystego i lekkiego w kolorze biało-niebieskim. I nagle paczka rozpadła się, topniejąc w powietrzu srebrzystymi iskrami, i na łóżko upadły krótkie niebieskie spodnie, biało-niebieska kurtka i jeszcze jakiś przedmiot.

Gag z kamienną twarzą zaczął się ubierać. Nagle rumiany zaproponował:

— Może jednak pójdę z wami?

— Nie trzeba — odparł kościsty.

Rumiany załamał białe miękkie ręce.

— Ależ ty masz maniery! Nagły wybuch intuicji! Przecież, zdaje się, wszystko zostało omówione i zaplanowane.

— Jak widzisz, nie wszystko.

Gag wciągnął absolutnie nieważkie sandały, zdumiewająco dopasowane do nogi. Wstał, stuknął obcasami i skłonił głowę.

— Jestem gotów, master oficer.

Kościsty przyjrzał mu się.

— No i jak, podobasz się sobie? — zapytał.

Gag wzruszył ramionami.

— Oczywiście wolałbym mundur…

— Obejdziesz się bez munduru — mruknął kościsty, wstając.

— Rozkaz — powiedział Gag.

— Podziękuj lekarzowi — rzekł kościsty.

Gag precyzyjnie wykonał w tył zwrot, zsunął pięty i znowu skłonił głowę.

— Zechce pan przyjąć wyrazy podziękowania, doktorze — powiedział.

Lekarz machnął ręką bez przekonania.

— Idź już… Kocie…

Kościsty wychodził już, szedł wprost na ścianę.

— Do widzenia, doktorze — powiedział wesoło Gag. — Mam nadzieję, że już więcej pan mnie tu nie zobaczy, a usłyszy pan o mnie tylko same dobre rzeczy.

— Mam nadzieję… — odparł rumiany z wyraźnym powątpiewaniem.



18 из 103