Ale Gag nie zamierzał dłużej z nim rozmawiać. Dogonił kościstego właśnie w momencie, kiedy w ścianie przed nim nie otworzyły się, tylko jakoś bardzo zwyczajnie ukazały się prostokątne drzwi, potem korytarz, również kremowy, również pusty, również bez drzwi i okien i również oświetlony niewiadomym sposobem.

— Jak myślisz, co teraz zobaczysz? — zapytał kościsty.

Szedł zamaszystym krokiem, wyrzucając do przodu chude nogi, ale stopy stawiał jakoś szczególnie miękko, przypominając Gagowi niepowtarzalny krok Geparda.

— Nie wiem, master oficer — odparł Gag.

— Mów do mnie Korniej — powiedział kościsty.

— Zrozumiałem, master Korniej.

— Po prostu Korniej, bez master.

— Rozkaz… Korniej.

Korytarz niezauważalnie przeszedł w schody prowadzące w dół szeroką łagodną spiralą.

— A więc nie masz nic przeciwko temu, żeby się znaleźć na innej planecie?

— Dołożę wszelkich starań, Korniej!

Teraz nieomal biegli na dół.

— Obecnie jesteśmy w szpitalu — mówił Korniej. — Za jego murami zobaczysz wiele rzeczy niezwykłych, a nawet strasznych. Ale pamiętaj, że jesteś tu absolutnie bezpieczny. Cokolwiek byś zobaczył dziwnego, wiedz, że ci to niczym nie grozi. Rozumiesz mnie?

— Tak, Korniej — odpowiedział Gag i znowu pozwolił sobie na uśmiech.

— Spróbuj sam się zorientować we wszystkim — mówił dalej Korniej. — Jeżeli czegoś nie zrozumiesz, pytaj. Odpowiedzi będą prawdziwe. Tutaj się nie kłamie.

— Rozkaz — powiedział Gag z najbardziej poważną miną.

Nieskończenie długie schody wreszcie się skończyły. Gag i Korniej wbiegli na dużą jasną salę. Jedna ze ścian była całkowicie przezroczysta, za ścianą była zieleń, żółty piasek ścieżek, połyskiwały w słońcu tajemnicze metalowe konstrukcje. Jacyś ludzie w nader jaskrawych i, powiedzmy to sobie wprost, lekkomyślnych strojach o czymś rozmawiali na środku sali.



19 из 103