
Stanął przed przezroczystą ścianą i położył Gagowi dłoń na ramieniu.
— Jak ci się to podoba? — zapytał.
Olbrzymie chropawe pnie, kłęby, obłoki, całe chmury oślepiającej zieleni, żółte proste ścieżki, wzdłuż ścieżek ciemnozielone krzewy, niewyobrażalnie gęste, upstrzone nieprawdopodobnymi liliowymi kwiatami, i nagle z cętkowanego cienia na piaszczystą polankę wyszło niesłychane, absolutnie niemożliwe zwierzę, złożone wyłącznie z szyi i nóg, przystanęło, odwróciło maleńką głowę i spojrzało na Gaga ogromnymi aksamitnymi ślepiami.
— Nadzwyczajne… — wyszeptał Gag. Głos mu się załamał. — Wspaniale zrobione!
— Zebrożyrafa — niezrozumiale, a zarazem jakby zrozumiale wyjaśnił Korniej.
— Niebezpieczna dla człowieka? — rzeczowo zainteresował się Gag.
— Przecież ci powiedziałem, że tu nie ma nic, co mogłoby być niebezpieczne lub groźne…
— Rozumiem — tu nie. A tam?
Korniej przygryzł wargę.
— Tu — to jest właśnie tam — powiedział.
Ale Gag już go nie słyszał. Patrzył wstrząśnięty, jak piaszczystą ścieżką, bardzo blisko, tuż obok zebrożyrafy idzie człowiek. Zobaczył, jak zebrożyrafa skłania nieskończenie długą szyję — jakby opadał cętkowany szlaban — a człowiek, nie zatrzymując się, głaszcze grzywę zwierzaka i idzie dalej, mijając konstrukcję z wygiętego kolczastego metalu, tęczowe pióra wiszące w powietrzu i po kilku płaskich stopniach przez przezroczystą ścianę wchodzi na salę.
— Nawiasem mówiąc, on jest również z innej planety — powiedział półgłosem Korniej. — Wyleczono go tutaj i już niedługo powróci do siebie, do domu.
