Ich głosy świetnie pasowały do ubrań — nonszalanckie, nieprzyzwoicie głośne. I nagle jednocześnie umilkli, jakby ich ktoś wyłączył. Gag zauważy, że wszyscy patrzą właśnie na niego… Nie, nie na niego. Na Kornieja. Uśmiechy gasły, twarze kamieniały, spojrzenia odwracały się. I oto nikt już nie patrzy na Kornieja, w ogóle już nie patrzy w ich stronę, a Korniej spokojnie sobie maszeruje obok tych ludzi w kompletnej ciszy, jakby niczego nie dostrzegał.

Stanął przed przezroczystą ścianą i położył Gagowi dłoń na ramieniu.

— Jak ci się to podoba? — zapytał.

Olbrzymie chropawe pnie, kłęby, obłoki, całe chmury oślepiającej zieleni, żółte proste ścieżki, wzdłuż ścieżek ciemnozielone krzewy, niewyobrażalnie gęste, upstrzone nieprawdopodobnymi liliowymi kwiatami, i nagle z cętkowanego cienia na piaszczystą polankę wyszło niesłychane, absolutnie niemożliwe zwierzę, złożone wyłącznie z szyi i nóg, przystanęło, odwróciło maleńką głowę i spojrzało na Gaga ogromnymi aksamitnymi ślepiami.

— Nadzwyczajne… — wyszeptał Gag. Głos mu się załamał. — Wspaniale zrobione!

— Zebrożyrafa — niezrozumiale, a zarazem jakby zrozumiale wyjaśnił Korniej.

— Niebezpieczna dla człowieka? — rzeczowo zainteresował się Gag.

— Przecież ci powiedziałem, że tu nie ma nic, co mogłoby być niebezpieczne lub groźne…

— Rozumiem — tu nie. A tam?

Korniej przygryzł wargę.

— Tu — to jest właśnie tam — powiedział.

Ale Gag już go nie słyszał. Patrzył wstrząśnięty, jak piaszczystą ścieżką, bardzo blisko, tuż obok zebrożyrafy idzie człowiek. Zobaczył, jak zebrożyrafa skłania nieskończenie długą szyję — jakby opadał cętkowany szlaban — a człowiek, nie zatrzymując się, głaszcze grzywę zwierzaka i idzie dalej, mijając konstrukcję z wygiętego kolczastego metalu, tęczowe pióra wiszące w powietrzu i po kilku płaskich stopniach przez przezroczystą ścianę wchodzi na salę.

— Nawiasem mówiąc, on jest również z innej planety — powiedział półgłosem Korniej. — Wyleczono go tutaj i już niedługo powróci do siebie, do domu.



20 из 103